Średniowieczne szachy

Chciał nie chciał znów zaczęłam się zajmować szachami. W młodości próbowałam w nie grać, ale nie miałam umysłu analitycznego, więc nie wyszło. Teraz, kiedy rzeźbię szachy na wzór wczesnośredniowiecznych, znów zaczynam się nimi interesować. Oto na jaką ciekawostkę natrafiłem ostatnio w necie:

Powyższy problem szachowy pochodzi z kopii rękopisu „Traité du jeu des échecs” Nicolaia de Nicolai (Bibliothéque Nationale de France). Nicholai był uczonym z Pikardii, który uczył w Lombardii w trzynastym wieku. Jego książka o szachowych problemach była popularna przez całe średniowiecze, ale straciła swe znaczenie po serii poważnych zmian w regułach szachowych, które przyjęto pod koniec XV wieku. We wspomnianym rękopisie znajduje się też kopia „Le Jeu des échecs moralisé”, moralitetu, który na podstawie zasad i reguł szachowych opisuje doskonałe chrześcijańskie społeczeństwo.

Zawody

Mamy z mężem zwyczaj mierzyć sobie ciśnienie. Ponieważ oboje mamy skłonności do niskiego wyniku, ustaliliśmy, że ten kto ma wyższe, ten zmywa – bo ma więcej siły…

Dziś po źle przespanej nocy i jesiennym spacerze, no i po obowiązkowych niedzielnych kluchach, okropnie nam się nie chciało zmywać… A zatem pojedynek…

Mąż wycisnął 109 i stał w kącie pokoju, z radością zacierając ręce… Usiadłam. Wiedziałam, że łatwo nie będzie, ale od czego duch sportowy… Te lata zmagań z własną niemożnością!

Owinęłam rękę mankietem ciśnieniomierza, nacisnęłam niebieski guziczek i…

Wycisnęłam 108… Uśmiech zamarł mu na ustach…

DSC_0228

S.K.L.E.P

Bez_tytułu_1

Zrzut ze strony http://muzeum.siedlce.pl/

Wybraliśmy się we czwórkę do Siedlec na wystawę El Greco w tamtejszym Muzeum Diecezjalnym. Na stronie muzeum widniała informacja, że osoby niezorganizowane w grupy są obsługiwane na bieżąco. No to siup! Jedziemy jako “osoby indywidualne”…

Z braku czasu w dzień powszedni pojechaliśmy w sobotę. Droga do Siedlec jaka jest, każdy widzi. Nie jest to autostrada, przyjemność średnia, więc ucieszyliśmy się, gdy już dotarliśmy na miejsce.

Przed wejściem kolejka – a na dworze minus jeden. Nieduży mrozek, ale jednak… W środku ścisk niemiłosierny i kolejka z parteru po schodach na piętro. Cóż, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, ale podobno jesteśmy obsługiwani… Na bieżąco… Osoby indywidualne…

Stoimy na ulicy, przytupujemy, aż wreszcie wypada ze środka wzburzona, spocona rodzina z dwójką dzieci: dostali się do pierwszego piętra, a tam im powiedziano, że biletów się teraz nie sprzedaje i w ogóle nie wiadomo, czy do siedemnastej ktoś wejdzie, bo najpierw “wycieczki zorganizowane”. Znaczy autobusy z parafii, jak się domyślam.

Na parterze ani śladu informacji, a na górę, do kasy dojść się nie da, bo ścisk niemożebny. Aż dziw, że się nikt nie pofatygował na dół, aby wyjaśnić sytuację, nawet kartki na drzwiach nie przybili, że biletów nie sprzedają. Znaczy typowy S.K.L.E.P (Stój Kliencie Lub Ewentualnie Poproś*). Znaczy mamy czas, to czekamy… Może wejdziemy, może nie.  Na razie mamy stać w ogonku i grzecznie czekać; prosić nie ma kogo. Całować w rękę też nie ma kogo…

Olaliśmy ogonek. Uznaliśmy, że nie będziemy czekać. Poszliśmy na dobry obiad do Brofaktury, kupiliśmy litr piwa Kupiec na wynos i obiecaliśmy sobie już więcej do tego muzeum nie zaglądać. W sumie chyba łatwiej i przyjemniej skoczyć do Wiednia czy Mediolanu.

*) to ze skeczu Z. Laskowika i B. Smolenia; niby minęło kilkadziesiąt lat, ale ten dowcip wciąż jest żywy.

Stulecie odzyskania niepodległości

To okazja, aby pomyśleć o ojcu. To on brał w tym udział bezpośrednio, najpierw w I wojnie światowej, potem w wojnie z bolszewikami. I choć był dumny ze swej ułańskiej przeszłości, wcale nie lubił opowiadać o okropnościach wojny. Bardzo mi szkoda tych straconych okazji wypytania go o tamte czasy – cóż, kiedy umarł miałam 11 lat – co można opowiedzieć tak małemu dziecku o wojnie?

00002310

Kilka opowieści pamiętam, niektóre historie znam z książek; w jednej nawet autor wspomniał tatę z imienia i nazwiska. Ale sam ojciec starał się te czasy przedstawić w krótkich anegdotach, bo to odpowiadało jego charakterowi i wiekowi słuchaczki. Pozostały mi tylko domysły i świadomość, że patriotyzm nie musi polegać na ciągłym deklinowaniu tego słowa; że zwykle jest tylko odruchem wywołanym jakąś specyficzną sytuacją.

woj_polskie

Ojciec miał takie odruchy: zaciągnął się na ochotnika do tworzącego się polskiego wojska i przewalczył w nim kilka lat na froncie wschodnim. Podczas jakiegoś ataku odniósł kontuzję – raniony koń przewrócił się, przygniatając mu nogę, lecz jeszcze 10 lat po odzyskaniu niepodległości był w czynnej służbie – jako kwatermistrz zajmował się tym, na czym znał się dobrze – wybieraniem koni dla wojska. Potem odszedł na wojskową rentę, ale w 1939 roku (miał już wtedy 45 lat) został zmobilizowany. Może dobrze, że nie dojechał do punktu zbornego na wschodzie, bo pewnie by mnie nie było na świecie.

Kaski gotowe na stulecie

Kaski, mała mazowiecka wieś z długą historią, już przygotowana na stulecie niepodległości.

Jeździmy tam na grób dziadka mojego męża, który przez wiele lat był zarządcą tamtejszego majątku.

Mamy wiele sympatii dla tej małej i dumnej miejscowości. Kiedyś opiszę dokładniej jej długą i ciekawą historię.

Jest tam mała kwiaciarnia, w której zawsze są piękne kwiaty. I biblioteka. A do tego spokój, którego tak nam brakuje w Warszawie.

Lubimy tam przyjeżdżać, nawet teraz, gdy nie mamy tam już nikogo żywego z rodziny…

Co słychać?

Spotkałam wczoraj dwie znajome, każdą oddzielnie, jedna po drugiej. Obie przysiadły z radości na mój widok. Każda zadała sakramentalne pytanie: Co u ciebie słychać? Tradycyjnie odpowiedziałam: Jakoś leci. I po tym stwierdzeniu odsłuchałam pół godzinnych zwierzeń na temat zawałów serca, które im się przydarzyły, zamian mieszkań, katastrof naturalnych i budowlanych. Po czym powiedziałyśmy sobie, że miło było pogadać i rozeszłyśmy się w swoje strony…

Powiedzcie mi, jak to jest, że ja mam zawsze tylko tyle do powiedzenia, a inni snują całe opowieści? U mnie jakoś leci, a u innych dzieje się aż tyle? Czy może zamiast mówić “jakoś leci” powinnam szybko opowiedzieć o swoich dolegliwościach? Kiedyś spróbowałam, ale gdy brałam oddech, koleżanka przejęła pałeczkę i już nie oddała…

Podobno jestem asocjalnym ponurakiem. Pewnie tak jest, choć nigdy tak o sobie nie myślałam.

No to w ramach rozweselania ponuraków opowiem wam anegdotę.

U Michała Rusinka dzwoni telefon:

– Dzień dobry, czy mogę rozmawiać z panem Michałem Rusinek?

– Tak, ale ja się deklinuję…

– Och, to przepraszam, zadzwonię później!

Na granicy

Wymazana z książki życzeń i zażaleń,
odgarnięta na bok z jesiennymi liśćmi,
szukam słów, które rzuciłam gdzieś niedbale,
dłonią zgarniam z oczu sen, co już się wyśnił.

Odnotowana w czyimś grubym pamiętniku
i zaplątana w mgliste szepty własnych wspomnień
próbuję gonić umykającą rzeczywistość
zanim się całkiem zmieni w pamiętanie o mnie.

Krótki wpis o uprzejmości

Mam trudny do zwalczania odruch: wstaję z miejsca, gdy do autobusu lub tramwaju wsiada ktoś, kto WYDAJE MI SIĘ starszy ode mnie. Już dobre pięć lat temu teściowa powiedziała mi przy jednej z takich okazji: Peonio, ty też już jesteś starsza i nie musisz się zrywać na widok każdej staruszki.

Ale odruch Pawłowa to przyzwyczajenie trudne do wykorzenienia. Ostatnio jednak zaczęłam się miarkować. Bo jednak jestem stara i tak wyglądam. A jeśli stara kobieta ustępuje drugiej, w podobnym wieku, to ta druga może wpaść w kompleksy, myśląc sobie: O kurcze, to ja tak marnie wyglądam, że ta staruszka nad grobem ustępuje mi miejsca?

I wtedy moja uprzejmość zmienia się w nieuprzejmość, żeby nie powiedzieć mocniej…

Znaczy, nie wszystko złoto, co się świeci…

Spóźnienie

Zaszeleściło mnie – zaszumiało
zahukało mnie leśnym echem
z każdym krokiem rozbrat brało me ciało
z bezsensownym codziennym pośpiechem

Tej zieleni łyk – do zachłyśnięcia -
tego wiatru – kosmki rozigrane -
przytuliły mnie te lasy – do szczęścia -
zaanektowały buki – na amen

Zakochało mnie w tych Bieszczadach
zatrzymało mnie dłużej niż chciałam
deszcz mnie ciepły pod bukiem zapadał
połonina za stopy łapała...

W: wiersze

Miałam w dorosłym życiu różne przygody z wierszami. Nigdy ich zbyt poważnie nie traktowałam, pewnie dlatego odpłacały mi pięknym za nadobne. Pewnego razu spotkałam też bardzo surowego krytyka, który samorzutnie zechciał był ocenić moje pisanie jako pisaninę, a wierszowanie jako rymotwórstwo. On sam był mocno przekonany o swojej wartości jako pisarza, toteż z pokorą przyjęłam ten werdykt i przestałam pisać wiersze. Zanim jednak do tego doszło, napisałam cykl “Listy do krytyka Zalaniego”, w każdym (a było ich 3 czy 4) podśmiewałam się zarówno z niego, jak z siebie. Na koniec, smutna wielce, że w taki prosty sposób odebrał mi – urodzonej grafomaniaczce – całą radość życia płynącą z pisania – wykreśliłam go z mojego kalendarzyka raz na zawsze i napisałam ostatni wiersz – taki manifest odzyskanej pisarskiej niezależności. Czego i Wam życzę…

Szczerość za szczerość

(definitywny koniec krytyka Zalaniego)

Gdzieś w połowie między pierwszą a ostatnią wódką
Wyrzucał mi Zalani, że mam pamięć krótką,
że ledwie mi “od ziemi poezja odstaje”,
a ja już zaprowadzam swoje w niej  zwyczaje.

A przecież tak niedawno muzy adeptem zostałam,
ledwie co wycierpiałam, niewiele pisałam,
a on – Zalani – przecież poezji ikona!
Tyle łez nad nią wylał, tyle nocy konał!

Gdzieś pod koniec butelki zaszeptał, zakwilił,
głowię złożył na dłoniach i zasnął w pół chwili.

Spojrzałam w to surowe lico recenzenta:
To ja mam pamięć krótką? To on nie pamięta,
że kiedy tak latami mi wygarniał szczerze,
to ja mu dałam pożyć, w wierszu, na papierze,
choć kiedy mnie pouczał, poprawiając muchę,
kierował się literą pisania, nie duchem.

I tak mi się pan Zalani,
skończył do imentu,
przeistoczywszy z muzy
w zygzak  z atramentu.

2004

Mimozami jesień się zaczyna???

A co to właściwie mimoza?
Z czym to się je? (To wie koza.)
I jak to się ma do jesieni?
(A zwłaszcza jesieni w Warszawie)
Ja się w mimozy nie bawię!

Ja mogę wrzos i topole,
a te mimozy – chromolę!!!

Ja mogę, że plucha i słota,
i błoto, o tak, ja chcę błota!
I liście, co na łeb mi lecą –
mimozy mnie nie podniecą!

Mimoza – roślina nabyta,
z Warszawą nieobyta,
a że na dotyk wrażliwa?
Phi, tak z mimozami bywa…

Ja zaś wolę wrzos i topole,
a czułą mimozę – chromolę!

W noc idę

Na ziemi: śnieg.
Na niebie nocnym: gwiazdy.
Potem przez gałęzie drzew umarłych
muzyka odległego miasta.
Nasz profil rysuje się
w spływających i ginących obłokach,
w połysku błękitnawym.
Nieświadomie liczymy nasze kroki.
Jakiś świst.
Oto w jakiejś stronie czujemy ruch rzeczy, które kiełkują.
Ach, te spadające gwiazdy!
Poprzez gałęzie drzew umarłych
słyszymy jeszcze wiew muzyki miasta
podobny do tonu dzwonów na świtaniu,
do pęku kwiatów.

Atsuo Ogi

W– wiersze

Nie umiałam go wyrzucić, choć pewnie powinnam, bo jest dowodem na to, że już pół wieku temu miałam ciągoty do grafomanii (które później skwapliwie rozwijałam, by w końcu osiągnąć pewnego rodzaju mistrzostwo).

Chodzi o kajecik (aha, pewnie nawet nie wiecie, co znaczy to słowo: zeszyt) z wierszami, które zaczęłam pisać, gdy po śmierci ojca w moim domu rodzinnym zrobiło mi się bardzo smutno i samotnie. Znalazłam go w czasie jakiegoś wielkiego sprzątania i do dziś trzymam, choć naprawdę dawno powinnam wyrzucić.

Z drugiej strony… Jeśli pomyśleć, że pisałam te wiersze w okresie, gdy miałam od 12 do 15 lat, to może wcale nie są najgorsze… Będę Was nimi od czasu do czasu raczyć, a co tam… Jest pogoda dla grafomanów, a w takim razie może i ja mam prawo przemycić grafomańskie cegiełki moich wspomnień…

Uwaga, wiersz czternastolatki sprzed wiecznych czasów… Może trochę w rytmie Koziołka Matołka, ale wierzcie mi – ja tę koziołkową poezję przeczytałam po raz pierwszy już jako mężatka… Więc ten rytm to chyba mój ówczesny wynalazek…

***

W moim małym pokoiku
Cztery kąty zawstydzone,
A piec piąty się rumieni,
Kiedy spojrzeć w jego stronę.

W moim małym gospodarstwie
Słodko pachnie bez liliowy,
A przez okno mi zagląda
Księżyc brzydal migdałowy.

W moim małym kolorowym pokoiku
Co dzień budzę me wspomnienia
Zasuszone po chłopaku
Bez imienia.

Po chłopaku, który wstążki przy gitarze
W kolorowe warkoczyki pozaplatał
I miał oczy niczym studnia pełna marzeń!
I piosenki miał pachnące końcem lata!

W moim małym pokoiku
Cztery kąty zawstydzone
I piec piąty, co ze wstydu również płonie,
Gdy spod oka zerkam czasem w jego stronę.

 

E: Eklerki, ech…

I komu to szkodziło? No dobrze, czasem mogło zaszkodzić, ale czym jest niewielka biegunka w porównaniu z nieziemską, delikatną słodyczą boskiej, lekko słodkiej bitej śmietany, zamkniętej, w smukłym ptysiowym pudełeczku, leciutkim wieczkiem z chrupiącym lukrem o smaku czekolady.

Tata był łasuchem. Uwielbiał wszystko co mączne i słodkie. Pewnie dlatego tak utył, kiedy na początku rewolucji październikowej ukrywał się u pewnej wesołej i gościnnej wdowy w Odessie.

Wzięłam po ojcu wiele – mocną budowę ciała, grube kości, zamiłowanie do nowinek technicznych, pięknych samochodów i słodyczy. Kiedy przychodziła ojcowska renta (wojskowa, niezbyt wysoka renta z powodu kontuzji, którą jako ułan odniósł w jakimś ataku), tata wołał mnie, wciskał bilonową końcówkę w moją rączkę i mówił: Leć do Cedeciaka, kup irysy i toffi.

Ech, świat był wtedy taki prosty. Na domowe okazje mama przynosiła eklerki, ptysie i bajaderki… Ja i tata uwielbialiśmy te pierwsze. Brat był od ptysi, mama w domu preferowała bajaderki. Tata wyśmiewał się, że to zmiotki z podłogi piekarni i dodają do nich alkoholu, żeby zdezynfekować… Ech…

W pracy mama preferowała wu-zetki, takie typowo warszawskie ciastka, coś w rodzaju lekkiego, nasączonego pączem murzynka z warstwą bitej śmietany w środku, bo warszawiacy uważali, że wu-zetki dobrze pasują do kawy. Być może, ja jednak wtedy kawy nie piłam (chyba że zbożową z mlekiem), więc te zależności smakowe były mi obce. Ale eklerki… Eklerki były moim ukochanym ciastkiem, zwłaszcza gdy już leciutko podeszły słodką serwatką ze śmietanki. Śmietanę dawano wtedy świeżą, nie jakąś tam uhatkę, nie – taką zwykłą ze szklanej butelki ze złotym kapslem.

No i przyszły standardy europejskie, delikatne świeże śmietanowe pianki odeszły w niebyt, bo przecież to potencjalne źródło zakażeń salmonellą i czym tam jeszcze. Choć całe dzieciństwo wpieprzałam z rodziną eklerki i nigdy nie zachorowałam, te właśnie ciastka musiały zniknąć z lad cukierni albo przeistoczyć się w paskudne brązowe trumienki, wypełnione maziajowatą sztuczną masą śmietankową, w których raz na zawsze pogrzebano najlepszy smak mego dzieciństwa. Ech…

Wiatraki

Signum temporis

Na starej hałdzie po wydobyciu węgla w Bełchatowie wyrosły piękne białe kwiaty: wiatraki. Widać je z dala, obracają leniwie swymi długimi ramionami, a kiedy przymrużam oczy, to na tle nieba wyglądają jak smukłe dziewczyny w jakimś powolnym tańcu.

Jestem stara. Przeżyłam gloryfikowanie węgla (polskie złoto!), pamiętam usmolonych węglarzy przywożących to czarne paliwo na podwórko kamienicy, w której mieszkałam; węgiel przyjeżdżał do nas z ulicy Smolnej, na wielkim wozie ciągniętym przez dwa skonane konie. Pamiętam też wielogodzinne wwalanie tego polskiego skarbu przez okno, do piwnicy, kiedy brakowało pieniędzy na opłacenie tej “usługi”. Pamiętam też męczące wnoszenie rozłupywanych wcześniej kawałków w wiaderku na pierwsze piętro. (Komu wiaderko, temu wiaderko… Moja opiekunka niosła wiadro…) Nigdy nie lubiłam węgla, choć zawsze kochałam trzaskające w piecu polana. Węgiel zawsze śmierdział, dusił i brudził. I zabijał.

sajzy7_0071

Kiedy w Polsce pojawiły się wiatraki (patrz małe elektrownie wiatrowe), od razu je pokochałam. Bardzo lubiłam ich sylwetki na wzgórzach, w wodach morza; dziwiło mnie, że ludzie krzywią się na wiatraki, a nie przeszkadzają im hałdy węgla, dziury w ziemi i cały brud związany ze spalaniem i wydobywaniem węgla. A kiedy PiS wprowadził swą ustawę antywiatrakową, to pomyślałam, że świat oszalał.

Są kraje, które już w ogóle nie potrzebują węgla, a my jak krety(ni) upieramy się przy ryciu w ziemi i wydobywaniu z niej tego, co nas powoli zabija.

Jechałam wiosną przez rozległe ostępy szkockiej wyspy Skye. I gdy rozmarzonym wzrokiem starałam się ogarnąć krainę moich ciągłych zachwytów, zza zielonego wzgórza zamachały do mnie białe wiatrakowe panny… Moja piękna Szkocja ucieka w ich ramiona od zatruwającego organizm torfu, którym palono tam od pradawnych czasów. Szkocja też ma dość smogu i inwestuje w białą energię… Ech…

Ale Szkocja to przecież moja kraina marzeń jeszcze z czasów dziecięcych…

Mucha

Żywoty poczciwe

A taka na przykład mucha,
mówią, że niby wstręciucha,
że kiedy przyjrzeć się bliżej,
to ona wszystko liże

i to bynajmniej nie kwiecie,
lecz zwykle śmiecie!

Nikt nie pomyśli, że musze
ta sprawa przytłacza duszę,
że życie mieć może wewnętrzne
być może bardziej wdzięczne…

I może właśnie dlatego
kaca ma moralnego?

Może gnębi ją sytuacja,
że czyjaś wczorajsza kolacja,
czy inne wczorajsze danie
to jej dzisiejsze śniadanie?

Sny

Na starość sny robią się jakby bardziej uchwytne. Tak, jakby ta sfera umysłu też traciła swą pierwotną sprawność i nie nadążała z wciąganiem ich do podświadomości. A może to jedynie skutek tego, że starzy ludzie częściej się budzą w nocy? Kiedyś przesypiałam całą noc, teraz zdarza się, że wstaję nocą nawet dwa, trzy razy. Budzi mnie zwykle jakiś dyskomfort – ból kolan, parcie na pęcherz, hałas na klatce schodowej czy dym papierosa wślizgujący się z podwórka przez uchylone okno. Jest tyle powodów aby otworzyć oczy; aż dziw bierze, że tylko niektóre ze snów zapamiętujemy.

Czasem zdarza się, że chcę zapamiętać jakiś sen czy jakąś migawkę z niego, więc kładąc się ponownie do łóżka, myślę o nim usilnie, staram się znaleźć jakieś skojarzenia, które rankiem przywołają te nocne marzenia i będę je mogła przemyśleć, a może nawet opisać. Zazwyczaj w czasie tych karkołomnych nieco rozpamiętywań zasypiam, a kiedy budzę się rano, to zwykle pamiętam już tylko, że chciałam coś zapamiętać.

Czasem myślę, że to trochę tak przeciąganie liny między świadomością i podświadomością. Gdy byłam młodsza, podświadomość zawsze wygrywała, triumfalnie biorąc górę nad świadomością, a tym samym chowając przede mną te nieliczne urywki snów, które udało mi się jej w nocy na chwilę wyrwać.

Teraz wydaje mi się, że świadomość częściej wygrywa, choć oczywiście udaje mi się skraść podświadomości tylko krótkie fragmenty snu, coś, co stało się dosłownie na chwilę przed przebudzeniem. Nadal zapamiętanie snu aż do rana jest trudne.

Kiedyś, kilka czy kilkanaście lat temu, miałam spore problemy ze snem i budziłam się w nocy nie dwa, trzy razy, ale pięć czy sześć. Walczyłam wtedy jak lew o zachowanie strzępów snów, które towarzyszyły tym przebudzeniom. Miałam nawet przy łóżku notes, w którym próbowałam zapisywać ich sens, bez zapalania światła, po omacku. Boże, cóż to były za bazgroły! I wbrew pozorom nie za wiele pomagały.

Z tamtych lat zapamiętałam jeden czy dwa sny, tak dobitne, że nie dały się zatrzeć nawet czasowi, który skutecznie pozacierał wspomnienia rzeczywistych wydarzeń. Zastanawiające jest to, że bohaterką obu jest mała dziewczynka, a ja jestem tylko obserwatorką. Obserwatorką, ale znajdującą się w tym samym miejscu i czasie co ona.

Kiedyś wyszła za koguta

Ciąg dalszy aforyzmów że starego sztambucha mojej opiekunki. Też życiowe…

Kiedyś wyszła za koguta,
Bądź kurą z kurnika,
Zawsze korna, nigdy luta,
Kiedyś wyszła za koguta…
Niechaj każda jego nuta,
Serce twe przenika,
Kiedyś wyszła za koguta,
Bądź kurą z kurnika… 🐔

Z ciocinego sztambucha

Znalazłam stary sztambuch mojej opiekunki. Z 1929 roku. Są w nim aforyzmy, które wpisała do niego jej przyjaciółka. Choć są dość proste w odczuciu naszych współczesnych wysublimowanych gustów poetyckich, ich aktualność na tym nie cierpi. A więc dziś pierwszy aforyzm, o rozumie i głupcach …

Najwięcej rozumu trzeba,
Kiedy z głupcem sprawa,
Chociaż jasna jak skraw nieba,
Lecz rozumu dużo trzeba.
Mało z takiej mąki chleba,
Nim zjesz, stęchnie strawa,
Najwięcej rozumu trzeba,
Kiedy z durniem sprawa…

Wystawa

Wybraliśmy się z Tadziami K. na wystawę Henry’ego Moore’a w Orońsku. Wszystko nam sprzyjało, piękna pogoda i niewielki tłok na trasie. A wystawa ciekawa, choć ludzi mrowie, bo to już ostatni moment, aby ją obejrzeć. Rzeźby monumentalne, ale nie tylko, znaleźliśmy kilka, które by się zmieściły do torebki i cieszyły nasze oczy w domu. Tego zazdroszczę czasem ludziom bogatym, że mają za co kupić takie cudeńka, no i gdzie je postawić.

Cóż, zwykli ludzie muszą się zadowolić wystawami i ewentualnie fantazjowaniem o chowaniu tych cacuszek do torebki. Tak czy inaczej większość rzeźb była za duża nawet na fantazjowanie…

Manufaktura Rzeczy Niepotrzebnych

Manufaktura działa mimo wakacji. Powstają nowe rzeczy niepotrzebne, które zajmują kolejne zajęte już półki. Niektóre artefakty próbuję użytkować (bransoletka), inne czekają na abażury lub towarzystwo. Jednym słowem jest zabawnie…

Znów w górach

image

Kiedy mniej więcej 5 lat temu powiedziano mi, że moje kolana nadają się do operacji, myślałam, że już nigdy nie będę chodzić po wysokich górach. Tymczasem półtoraroczne leczenie boreliozy antybiotykami spowodowało cudowną poprawę stanu kolan. Leczenie przeprowadzone oczywiście prywatnie, bo… No wiecie, oficjalnie, na NFZ, leczy się ją trzy czy cztery tygodnie.

Nie, zwyrodnienia nie zniknęły, cudów nie ma. Jedno, co się poprawiło, to że wróciła regeneracja chrząstki: wystarcza 2-3 dni, a kolana znów się nadają do użytku… I można iść w góry, na kolejną długą wycieczkę.

Na tym wyjeździe (dziesięciodniowym) byłam na pięciu ładnych wycieczkach: dwóch krótkich (ok. 5-6 km) i trzech długich (po ponad 15 km). To dobry wynik dla kogoś, kto kilka lat temu przechodził ze łzami w oczach 3 km po równym, i to podpierając się kijkami…

image

image

image

Wspomnienia: K–kapelusz

image

I komu to szkodziło?

(Anglia circa 1910)

Jestem wielbicielką kapeluszy. Znałam kiedyś kobiety, które bez tego nakrycia głowy w ogóle nie wychodziły na dwór. Nie jestem głupia, wiem, że czasy się zmieniły – spróbowałaby dziś taka elegantka prowadzić auto lub wsiąść do autobusu…

A jednak kapelusz zdobił – i to nie tylko kobiety. A niewysokim panom dodatkowo dodawał wzrostu – choć oczywiście kobiece kreacje bywały wyższe i szersze.

Do przybrania damskich kapeluszy używano najrozmaitszych rzeczy, ale oczywiście pióra ptasie cieszyły się ogromną popularnością.

Potem przyszła rewolucja w ubiorach i strusie i pawie dostarczały już tylko piór do opery i teatru.

—————-

Pamiętam jak za komuny odbywałam tzw. praktyki robotnicze w warszawskim ZOO. My, dziewczyny, nie byłyśmy zbyt obrotne, ale nasi koledzy wiedzieli, jak je wykorzystać i spieniężyć. Nas posadzono do pielenia grządek, a chłopaki co prawda musieli gnój wykidać, ale za to mieli różne ciekawe możliwości dorobienia.

Wiadomo było, że teatry, a zwłaszcza Opera, nieustannie cierpią na brak piór strusich i pawich. A w ZOO były pawie. W swej naiwności zawsze dziwiłam się, że są takie strasznie marne i oskubane. Do czasu aż zobaczyłam, jak kolega straszy pawia, któremu jeszcze zostały długie pióra, a gdy ten ucieka w popłochu, przydeptuje końcówki piór butem. Nie pamiętam ceny jednego pióra, ale sądząc po stanie ptaków musiało się to opłacać.

Podobnie rzecz się miała z kolcami jeżozwierza. Jak wiadomo są imponujące, ale puste w środku i leciutkie. W rezultacie nadają się świetnie (to usłyszałam od innego zaradnego kolegi z PRLu) na spławiki dla wędkarzy.

A my, dziewczyny, jak te niemoty siedziałyśmy w różankach i kalecząc palce o kolce, pieliłyśmy, pieliłyśmy…

Wśród 80 milionów…

MiSBet znalazło się wśród dziesiątek tysięcy fotografów Getty Images. Ot, kilka fotek zrobionych przez różnych członków rodziny. Najzabawniejsze są ceny… 😂 Znów mamy szansę zostać milionerami 🤑… Ciekawe, czy choć jedna focia za mego życia znajdzie nabywcę… Właśnie nasza, spośród 80 milionów w bazie… 🤔

1894: nieznana historia roweru

Kontynuuję wyszukiwanie ciekawostek na temat 1894 roku, roku, w którym przyszedł na świat mój ojciec.

Rok 1894: Leon XIII zalecił swojej gwardii ćwiczenia rowerowe, arcybiskup Mediolanu przychylnie się odnosił do księży-cyklistów, arcybiskup Rennes Guillaume Labouré jeździ dla odprężenia po parku rezydencji na rowerze. Działają kółka księży-cyklistów z własnym pismem.

Pierwsze ostrzeżenie: „L’Osservatore Romano” w sierpniu 1894 r. zamieszcza artykuł wskazujący na związki cyklistów z anarchią: „Welocypedysta nie jest ani pieszym, ani woźnicą, nie jest maszynistą ani zwierzęciem pociągowym, jest nieokreślonym hermafrodytą, który się wymyka wszelkim prawom ruchu drogowego, a cyklizm to kompletna anarchia”. W lipcu wybucha bomba: najpierw jest propagująca rower wśród kleru wiejskiego broszura autorstwa kilku księży z Mediolanu i zaraz potem kardynał Giuseppe Sarto (późniejszy Pius X), już mianowany patriarchą Wenecji i jeszcze administrator apostolski Mantui, 25 sierpnia ogłasza – jako pierwszy w historii hierarcha – dokument, w którym zabrania klerowi używania roweru. Uzasadnia to ochroną powagi i godności kleru, potępia „światowość”, naśladowanie przez duchownych mód świeckich, a na ewentualny zarzut, że sprawa nie jest warta aż takiego zaangażowania, odpowiada, że o tym, co jest dla Kościoła ważne, decydują biskupi, którzy rządzą prowadzeni przez Ducha Świętego. Nieposłusznym grozi (z przykrością, lecz stanowczo) karami kościelnymi.

Tygodnik Powszechny

Królowa nr 1

Pracuję nad szachową królową z gliny.

Najtrudniejsze jest oparcie tronu. Na razie zrobiłam je w postaci rysunkowej, potem wezmę się za rzeźbienia, choć nie mam pojęcia jak takie szczegóły będą wychodzić w glinie. W bukszpanie pewnie wyszłyby bez problemu, glina się kruszy…

Nigdy nie wiadomo, co znajdzie człowiek w krzakach, gdy uda się za potrzebą; czasem to jakiś 🌸 , 🍄 czasem jakby ostrzeżenie 💀.

Ten mały plastikowy ludek to jakby znak ostrzegawczy: hej, ludzie, już wkrótce trudno będzie w lesie, morzu, rzece znaleźć miejsce bez plastiku. #środowisko

Alfabet: A – alternatywa Kucejki

Kapitan Kucejko to prawdziwa legenda Studium Wojskowego, zapisał się bowiem w jego historii złotym zgłoskami. Dosłownie. Młodzież jednak nie bardzo wie, o co chodzi. Za to my, pokolenie przedsoborowe*, z pietyzmem pielęgnujemy wspomnienie o nim.

A jest o czym. Kilka lat temu, w czasie burzliwego dyskursu w ramach pewnego szacownego naukowego gremium, jeden taki przedsoborowiec wyrwał się ponoć ze stwierdzeniem, że coś jest jak alternatywa Kucejki.

Przedsoborowcy spojrzeli na siebie ze zrozumieniem, głowami pokiwali, że racja. A młódź wszelaka, posoborowa, zaczęła szemrać, co to, co miał na myśli, kto to ten Kucejko… I w ogóle, co to za grypsera, że oni nie rozumieją…

Ha, trzeba się było wcześniej urodzić…

W sprawozdaniu z zebrania szacownego gremium alternatywa Kucejki** miejsce poczesne zajęła, tylko sprawozdawca się zastanawiał, czy dać przypis z wyjaśnieniem, na czym ona polega.

I kto by pomyślał, że pan kapitan do historii przejdzie z tym swym stwierdzeniem. Ale też to tylko ułamek jego radosnej twórczości. Kolejne trafne powiedzonka można znaleźć w necie, nie będę ich przytaczać, bo po co się powtarzać… A i kropek na klawiaturze może zabraknąć na ich wykropkowanie.


* Sobór powszechny, o którym wspominam, dzieląc pokolenia, odbył się w roku 1962. Może to kiepskie miejsce, ten wpis o alternatywie Kucejki, żeby wspominać sobory, ale w sumie jak spojrzeć na to, co oferuje ostatnio Kościół, to aż się chce powiedzieć, że dla większości społeczeństwa jest to wybór, który określić by można właśnie mianem tejże…

* *Brzmienie alternatywy Kucejki, jak brzmienie większości zdań wypowiedzianych przez tego kapitana do studentów, jest wulgarne, dlatego, jako starsza pani pozwolę sobie je przytoczyć w formie symbolicznej, a jednak zrozumiałej: I to ch…, i to ch…

Krótki wpis: O dżentelmenach

Trudno w taki dzień jak dziś nie myśleć o Polsce. Nie ma mnie pod Sejmem, bo od trzech dni walczę z zapaleniem korzonków. Ale myślę i jest mi smutno, bo przychodzi mi na myśl takie oto porównanie:

Wyobraźmy sobie dość elitarny klub, który w zasadach swych ma, że do lokalu klubu można wejść w marynarce i pod krawatem.

Przychodzi do niego facet w koszuli. Obsługa mówi, że jest nieodpowiednio ubrany, a on na to, że ma legitymację klubu, więc chce, żeby go wpuszczono do lokalu.

– Dobrze, proszę pana, ale proszę założyć marynarkę i krawat – mówi uprzejmy concierge i podaje facetowi dyżurną marynarkę i krawat.

Facet zakłada marynarkę, wiąże krawat, po czym zdejmuje spodnie.

– Ależ proszę pana, tak pan wejść na salę nie może!

– A gdzie to jest napisane? Przecież w zasadach jest, że trzeba być w marynarce i pod krawatem. O spodniach nie ma mowy!


Tak właśnie wyobrażam sobie obecne postępowanie Polski w stosunku do Unii Europejskiej. Jesteśmy w klubie, który w swych regulacjach nie przewidział, że po założeniu wypożyczonej nam marynarki zechcemy zdjąć spodnie i paradować w samych kalesonach.

NN – czyli o nominacjach do nagrody

NN oznacza zwykle osobę nieznaną z nazwiska. W moim przypadku to Nieoczekiwany Nominat. Nieoczekiwany, bo zwykle nie biorę udziału w takich zabawach – nie dlatego, że ich nie poważam, ale dlatego, że bardzo mnie peszą i nie całkiem umiem się w nich odnaleźć. Skoro jednak nominował mnie do tytułu mystery-blogger-award2005587522

taki indywidualista jak bfcb i tak wszechstronna blogerka jak Caffe, to nie mogę odmówić i włączam się do zabawy z wdzięcznością i uśmiechem.

Oto zasady:

1. Umieść nagrodę logo / obraz na swoim blogu +

2. Podaj zasady +

3. Podziękuj temu, kto cię nominował i podaj lin do jego blogu +

4. Wspomnij o twórcy nagrody i podaj link do jej strony +

5. Powiedz swoim czytelnikom 3 rzeczy o sobie +

6. Nominuj 10-20 osób + / –

7. Powiadom nominowanych przez umieszczenie komentarza na ich blogu +

8. Zadaj swoim kandydatom 5 dowolnych pytań; z jednym dziwnym lub zabawnym pytaniem…  –

9. Udostępnij link do swoich najlepszych postów –

Pomysłodawcą nagrody jest autorka strony Okoto Enigma, która twierdzi, że jak dotąd był to najlepszy pomysł, i że „Mystery Blogger Award” to nagroda dla niesamowitych blogerów o genialnych postach. Okoto Enigma jest bardzo młoda i tryska energią, stąd pewnie wysokie wymagania, jakie stawia uczestnikom zabawy. Choć bardzo chcę, to jednak pewnie nie zdołam im sprostać. Ale kilka warunków próbuję spełnić. A więc coś o sobie:

1. Urodziłam się dość dawno, podejrzewam że wtedy, kiedy rodziców Okoto pewnie nie było jeszcze na świecie i to sprawia, że mam mniej energii od uroczej i dynamicznej autorki nagrody…

2. To już mój n-ty z rzędu blog, poprzednie kasowałam bez żalu i bez zmrużenia oka; ten blog uchował się tylko dzięki sympatycznej perswazji bfcb

3. Gdyby klasyfikować mnie wg nazw osobowości stosowanych w grach planszowych lub komputerowych, to mam osobowość chaotyczną – interesuje mnie wszystko, chciałabym robić prawie wszystko, a cierpliwości starcza mi na nie wszystko – i to też ma wpływ na moją zdolność wypełnienia wszystkich warunków nagrody.

Teraz moje nominacje:

1. Oczywiście bfcb – za wyjątkowo przyjazną dla użytkowników ksywkę Winking smile i prowadzenie interesującego blogu o fotografii, literaturze i ludziach, a także o Wejherowie, mieście w legendarny nieco sposób związanym też z historią mojej rodziny (https://wczorajszefotografie.wordpress.com/);

2. Autor strony https://kamiennakamieniu.wordpress.com/, którego inną stronę, Lapidaria (http://lapidaria.wikidot.com/) od wielu lat obserwuję na serwerze Wikidot – podziwiając konsekwencję i oddanie tematyce ratowania zapomnianych i zaniedbanych cmentarzy;

3. Autor strony Moje fascynacje, za systematyczne podrzucanie ofert Humble Book Bundle i innych ciekawostek dla czytających geeków

4. Jolanta Kalinowska za 1/100 – blog fotograficzny, w którym fotografie żyją dniem codziennym, a dni żyją w fotografiach

5. Autor blogu https://365dniwobiektywielg.wordpress.com/  za systematyczne pokazywanie, że to nie aparat robi zdjęcia, ale fotograf

6. Autorka https://beforeankadies.wordpress.com, która pokazuje na swym blogu różne piękne zakątki świata i podpowiada, jak tam dotrzeć, gdzie zamieszkać, co jeść i jak się zachowywać, żeby się nie wygłupić…

7. Autorka blogu Blog Caffe, za ciekawy blog, który trwa już od 10 lat, ale się nie starzeje; nawet gdy zajrzysz do wpisów archiwalnych, to znajdziesz w nim coś ciekawego i dzisiejszego

8. Autorka blogu https://dermatologdlaafryki.wordpress.com/ za przybliżanie tematyki pracy na rzecz osieroconych dzieci i ubogich mieszkańców Afryki, ciekawe zdjęcia i to, że robi coś dobrego dla tych, którzy najbardziej tego potrzebują…

9. Ona w wielkim mieście z kolei dowodzi swym blogiem niezbicie, że młodzi ludzie nie tylko biegną do przodu, ale też zastanawiają się nad drogą, którą należy wybrać.

I tu wkracza moja chaotyczna osobowość, tupie nogą i mówi, że ma już dość tego postu i że czekają zdjęcia ze Szkocji, pewnie ze dwa tysiące, a ja podlizuję się blogerom, zamiast usiąść na zadku i wyrzucić jakieś 1500 niedobrych fotek., a pozostałe 500 przejrzeć i wyrzucić kolejny 200.

Tak to jest, gdy się ma osobowość chaotyczną, kochani. To ona decyduje ile blogów mogę polecić, a nie moje serce, które chciałoby ich Wam pokazać jak najwięcej.

Wybaczcie starszej pani, która robi co może, by nadążyć za Wami, młodymi… I za Okoto… Ale tu to już mam zupełnie przechlapane.

PS. Zdarzyło mi się kiedyś, że gdy powiadomiłam w komentarzu “nominata” o nominowaniu, to zrugał mnie i powiedział, że nie myślał, że taka stara baba jeszcze się bawi w łańcuszki szczęścia. Czytam wiele blogów, których autorzy pewnie by mnie potraktowali podobnie, choć może grzeczniej. Dlatego z czystego asekuranctwa wybrałam tylko kilka, z nadzieją, że zechcą wziąć udział w zabawie, a przynajmniej się uśmiechnąć.

Z tego też powodu rezygnuję z zadawania pytań, zwłaszcza tych dowcipnych…

A co do moich najlepszych postów, to jeszcze ich nie napisałam – ale pracuję nad nimi non stop…

Zawisak

Z cyklu Żywoty poczciwe

Ciekawi mnie, co zawisak
myśli, gdy nektar wysysa. 
I czy przez to zawisanie 
nie grozi mu trąbki złamanie? 

A także, czy wie niebożę,
że sobie przysiąść może?
I że jeść w locie nieładnie?
I że jak zje dużo, to spadnie?

I co myślą jego dzieci,
czy boją się może, że zleci?
A żona, co myśli żona,
tuż obok zawieszona?

(A jak nie myślą, to biada,
bo nie myśleć nie wypada...)

Anty…

Pewne rzeczy były za mego dzieciństwa, znaczy za głębokiej komuny, całkiem dobrze rozwiązane. Na przykład kwestia szczepienia dzieci. Się szczepiło. Nie było dyskusji, nieprzyprowadzenie na szczepienie wiązało się z bardzo przykrymi konsekwencjami, karami pieniężnymi i nie tylko. I ludziska szczepili.

Nie tylko dlatego, że prawie każdy miał w rodzinie kogoś, kto umarł na gruźlicę czy polio. Ludzie prości, czasem niegramotni, rzadko się zastanawiają nad związkiem między skutkiem a przyczyną. Szczepili wszyscy, bo BYŁO TRZEBA. Po prostu komunistyczny urzędnik wiedział, że nie ma co liczyć na mądrość ludu. Lud to lud, jedni mądrzejsi, inni głupi, jeszcze inni kompletne matoły. I wszyscy mogą mieć dzieci! A dzieci mogą mieć polo, krztusiec, tężec i inne ciekawe choroby. Więc trzeba jednym, tym mądrzejszym, przypomnieć o konieczności szczepienia dzieci w odpowiednim okresie życia, a innym, tym głupszym, szczepienie dzieci po prostu narzucić.

Ustawa, która ma zezwolić na pełną dobrowolność szczepień, to kolejny przejaw choroby zwanej przez Lema rzucawką błogostanową, która dotyka ludzi, którym jest już tak dobrze, że nie marzą o niczym innym jak tylko o pogorszeniu swego obecnego stanu. Bo wtedy będzie ciekawiej, się będzie działo, adrenalina i te rzeczy…

[Podejrzewam, że jest to niedoceniany aspekt wielu działań moich rodaków. Być może nawet odegrał istotną rolę w wyborach, które dały władzę PiSssowi. I co, dzieje się. I adrenalina jest, a jakże… ]

Pytanie, czemu Kościół angażuje się w ruch antyszczepionkowy, zasługuje na wzruszenie ramion lub jak najbardziej banalną odpowiedź: liczy na przyrost liczby wiernych. Nic tak nie sprzyja powrotom na łono kościoła jak choroba czy śmierć dziecka. A pogrzeb z asystą księdza też nie jest za darmo. Nie w Polsce.

Więc ja się nawet proboszczom nie dziwię, że zezwalają zbierać w kościele podpisy za taką ustawą… Społeczeństwo kalek i chorych, pokrzywdzonych przez los i władzę, już się rodzi. A gdy podrośnie, Kościół otworzy przed nimi bramy swoich pustawych dziś świątyń.

Krótki tekst: O mówiących


Ostatnio spotykam ludzi, którzy lubią dużo mówić. Mówią dużo, głośno, gestykulują i nie czekają na moją odpowiedź.

Zerkają tylko od czasu do czasu, czy ciągle jeszcze ich słucham. Potem rzucają: słyszysz? Rozumiesz? Wiesz, co mam na myśli? 

Ale nim otworzę usta już wracają do swej tyrady; wystarcza im moja milcząca obecność; nie czekają na żadną odpowiedź, żadnej bowiem nie potrzebują.

Wiedzą już zresztą, że nie mam ust, że moje wargi zrosły się od milczenia.

Trzykroć szczęśliwszy…

ADAMA-Zdjęcie - Zdjęcia Google-000177

Thrice happy he who, far in Scottish glen

Retired (yet ready at his country’s call,)

Has left the restless emmet-hill of man !

he never longs to read the saddening tale

Of endless wars; and seldom does he hear

The tale of woe ; and ere it reaches him,

Rumour, so loud when new, has died away

Into a whisper, on the memory borne

Of casual traveller;—As on the deep,

Far from the sight of land, when all around

Is waveless calm, the sudden tremulous swell.

That gently heaves the ship, tells, as it rolls,

Of earthquakes dread, and cities overthrown.

The Sabbath, Sabbath walks and other poems

James Grahame 1765-1811

grahame

Tablica pamiątkowa w katedrze w Glasgow

Krzywousta

Nie lubię swoich zdjęć, ale co tam, przedstawię się wam, choćby dlatego, że to zdjęcie zrobione w miejscu, które bardzo lubię: w Szkocji. Jedno z nielicznych, na których nie mam skwaszonej miny. Więc niech już tak będzie. W tajemnicy powiem wam, że wychodzę na fotkach okropnie: wiek, tusza, itd. Ale w Szkocji zapomniałam o tym i pozwoliłam się kilka razy sfotografować.

DSC_6203

Kiedy byłam mała, moja opiekunka wyśmiewała moje krzywe usta (cechę notabene rodzinną, bo widzę ją na zdjęciach babki i ciotek). Mówiła, że przede mną wielka przyszłość, bo nie kto inny jak “Krzywousty narobił z Niemców kapusty”.

Czasy się zmieniły i Krzywousta uśmiecha się miło do uroczej niemieckiej obsługi samolotu Lufthansa, który wiezie ją na jej ukochane wyspy na północy Europy, a potem odstawia całą i zdrową z powrotem do ojczyzny. O żadnej kapuście mowy być nie może, chyba że nazwiemy w ten prymitywny sposób pieniądze wydane na samolot – istotnie większe niż w tanich liniach lotniczych… Ale jak wspomnę lot do Portugalii, kiedy przez kilka godzin miałam kolana pod brodą, to nie żałuję… No cóż, może to już moja ostatnia wyprawa do Szkocji. Zostały zdjęcia i wspomnienia – trzeba teraz je przejrzeć, posegregować i odrzucić niefajne.

DSCN2200

Acha, przywieźliśmy też koło 9 kilo szkła morskiego (sea glass) na moje recyklingowe żyrandole i abażury. Znaczy oczyściliśmy szkockie plaże ze śmieci… [Czekam na podziękowania od pani premier!] Teraz musz to wszystko umyć i posegregować. Część szkiełek nadaje się na biżuterię, część jest stricte abażurowa. Znaczy, że muszę teraz kupić ze 2 kilo cyny… Ach te pieniądze, trudno przestać myśleć o tym, jak nami rządzą…

Przedostatni dzień w Szkocji

Wkrótce powrót. Dziś trochę chłodniej, co po ostatnich upalach jest miłą zmianą. Na promie będzie wiało, ale tym razem zostawimy sobie i termowelury, i kurtki.

Hebrydy Zewnętrzne są piękne, żałuję y trochę, że zostawiliśmy sobie na nie tylko trzy dni. Ale może jeszcze kiedyś tu wrócimy?

Szkocka pogoda?

Kiedy wyjezdżaliśmy z Polski, byliśmy nieźle zmęczeni upałami i odrobina deszczu na przemian z mgłą wydawała się nam nawet miłą perspektywą. Ale Szkocja to Szkocja, trudno tu coś przewidzieć, poza oceanem, który przypływa i odpływa w porach niezmiennych, i górami, które trwają niewzruszenie od setek tysięcy lat. Są jeszcze owce, też niezawodne, ale sądząc po serwowany wszędzie haggisie, one nie są już tak trwałe.

A zatem wracając do pogody, tym razem nam się nie udało. Od dwóch dni mamy upały, wczoraj zeszliśmy z gór ledwie żywi, a to za sprawą słońca, które jak weszło rankiem, tak zaszło o 11 w nocy… Szkocka pogoda?

Ostrożnie, szkło!

Nadal jestem w stadium ceramicznych eksperymentów. Rzeczy, które wychodzą z pieca nieustannie mnie zaskakują. Zazwyczaj negatywnie, ale czasem zdarza się, że coś po prostu jest fajne. Nasza pracownia w ostatnim czasie miała znaczne niedobory szkliw, w rezultacie używałam szkliw zupełnie nieznanych, które wcześniej nie były używane i dlatego zostały. Powyżej możecie zobaczyć przykład jednego z takich szkliw. Jego cechą charakterystyczną jest to, że powoduje tak zwaną krakelurę. Czyli popękanie. Takie talerzyki oczywiście nie nadają się do produktów spożywczych, mają wyłącznie ozdobny charakter. Ten na przykład ładnie się mieni w słońcu… 🤣

Staruszek na wkrętkę

Wsiadając do wagonu tramwajowego, usłyszałam dzwonek, który wg regulaminu oznacza, że drzwi się zamykają i już wsiadać nie należy, bo można zostać przyciętym. Byłam dumna, że jeszcze zdążyłam, ale gdy spojrzałam na na wpół zamknięte drzwi, zobaczyłam że biegnie do nich jakiś staruszek. Cofnęłam się, żeby zrobić mu miejsce, a wtedy starszy pan wsunął się bokiem przez szparę nie większą od grubości męskiego przedramienia i myk – już był w środku, spoglądając na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć: Widzisz, kobieto, tak to się robi. Tak wkręca się do odjeżdżającego tramwaju.

Potem ruszył szparko w stronę jedynego wolnego miejsca, do którego zmierzałam ja i jakaś jeszcze jedna, znacznie bardziej ode mnie leciwa niewiasta, której pewnie w rezultacie bym ustąpiła. W ogóle jako osoba mniej zdeterminowana, a także przekonana, że facet z taką ikrą z pewnością ze mną wygra, zawczasu zwolniłam, podczas gdy starsza pani, nie odrywając wzroku od podłogi, podążała krok po kroku w stronę wolnego miejsca. Gdy już złapała za poręcz upragnionego lokum, na wolne siedzenie opadł triumfalnie staruszek.

Pani podniosła na mnie zdziwiony wzrok, a staruszek jeszcze raz omiótł mnie wzrokiem, który tym razem mówił wyraźnie, że w każdej innej konkurencji  też zamierza ze mną wygrać. Wysiadłam na trzecim przystanku, on pojechał dalej. Znaczy oddałam walkowerem…

W–jak wspólnota

Zaraz po wojnie mieszkaliśmy całkiem niedaleko od siebie. Nawet bardzo blisko, bo my na dole domu, a oni na piątym piętrze. Dom był stary, jeden z nielicznych ocalałych w mieście. Na piątym piętrze była pracownia malarska i mieszkanie pełne światła – u nas w mieszkaniu nigdy go nie było.

Spotykaliśmy się w wejściu, kłanialiśmy się sobie, owszem, ale nic nie wskazywało a to, że nasze losy się zwiążą na zawsze. Mieli dziecko, dziewczynkę, maleńką… Matka wystawiała ją w pracowni w wózku pod oknem; raczej nie dałaby rady znieść wózka z piątego piętra, a co dopiero zanieść go z dzieckiem w środku na górę.

Niedługo tam mieszkaliśmy. Dom przeznaczono do wyburzenia, bo w jego miejscu miał stanąć “dar radzieckiego narodu dla socjalistycznej Polski”, czyli Pałac Kultury. Ludzi z naszego domu porozsadzano jak kwiaty na klombach – wg bardzo sprytnego planu. W każdym nowym miejscu zamieszkania dokładnie zmieszano niepoprawną politycznie inteligencję ze zdrową tkanką narodu, czyli ludem pracującym. Żeby jednak nie było za lekko dodano trochę miejskich dolin społecznych; w naszym domu była to prostytutka, do której, gdy drzwi na klatkę były zamknięte, mężczyźni wchodzili przez okno.

Takie to są korzenie naszej dzisiejszej domowej “wspólnoty”. Co się dziwić, że nie możemy się dogadać?

Ceramiczne korale

Rzadko noszę biżuterię. Nie mam takiego imperatywu. Znam wiele kobiet, które uważają, że kobieta powinna… Moja mama miała naturalną umiejętność noszenia różnych ozdób, mnie jednak natura stworzyła do siermiężności.

Jedyny czas, kiedy pozwalam sobie na biżuteryjną ekstrawagancję to lato. Wtedy nawet lubię założyć coś wesołego pod szyję.

Lubię duże korale, te jednak często bywają ciężkie. Dlatego wypaliłam sobie własne: puste w środku. Ceramiczne korale mają zresztą pewną zaletę: są chłodne.

Honor wikinga

honor wikinga

Jedną z miłych rzeczy różnych rodzinnych uroczystości w naszym domu jest to, że goście wiedzą, co lubimy. W tym roku trafiła nam do rąk whisky, której nie znaliśmy, z Orkadów. Do tego naprawdę znakomita – bardzo gładka, troszkę jakby słodkawa, i o pięknym zapachu. Nie pretenduję do miana znawcy, czy nawet konesera whisky, wiem jednak, jakie gatunki lubię, a jakich nie. Tę zdecydowanie lubię.

Hebrydzkie wampiry

The greatest drawback to one’s comfort are the midges, which in these islands are beyond measure bloodthirsty, and quite as obnoxious as the most carnivorous mosquitoes. Smoking, and all the other arts and devices by which the designs of these tiny pests are usually circumvented, have no effect upon the Hebridean vampires. In the low-grounds especially they make life a burden. But those who have already become acquainted with the Ross-shire midges, and yet have preserved their equanimity, may feel justified in braving the ferocity of the Hebridean hosts.

Kobyłka u płotu…

Stało się. Zabukowani, zapłaceni, nic tylko wsiadać do samolotu i lecieć. Ale to jeszcze półtora miesiąca! Pozostaje na razie czytanie o miejscach, które odwiedzimy.

O klimacie Hebrydów Zewnętrznych, na przykład, jeden z dziewiętnastowiecznych autochtonów powiedział kiedyś, że te wyspy w ogóle nie mają klimatu: mają tylko dziewięć miesięcy zimy i trzy miesiące złej pogody. Można do tego dodać meszki lub silny wiatr (do wyboru, bo wiatr wyklucza meszki) i masz podobno cały obraz sytuacji.

Szkocja 2017

Pewien podróżnik, Anglik, napisał zaś we wspomnieniach, że pogoda tam jest zmienna: dni deszczowe przeplatają się z okazjonalnymi ulewami.

Oj tam, oj tam. Anglicy od wieków pisali o Szkocji źle, więc gdy się czyta stare książki podróżnicze przez nich pisane, Szkocja wydaje się jakimś strasznie ponurym i zapomnianym przez Boga i ludzi miejscem. Nic dziwnego: w XIX wieku przyjeżdżali tam polować na jelenie i ptaki, a miejscowi przewodnicy traktowali ich pewnie o wiele gorzej niż polscy górale ceprów, przepędzając po najtrudniejszych terenach i każąc czołgać się po wrzosowisku bez względu na pogodę. 

Punch In The Highlands.-000152

Tymczasem nasze dotychczasowe doświadczenia nie są złe. Na wyspie Skye mieliśmy zmienną pogodę, ale bywały też dni słoneczne, choć zwykle wiatr wtedy głowę urywał. Wiatr na wrzosowiskach bywa męczący, a w partiach górskich po prostu nie do zniesienia. Z drugiej strony, gdybym miała wybierać między nim a meszkami, to raczej nie miałabym wątpliwości. Obym tylko miała taki wybór…

Ale przecież tę dużą wyspę zaliczaną do Hebrydów Wewnętrznych odgradza od „dzikiej furii” Atlantyku pasmo Hebrydów Zewnętrznych, na które właśnie się wybieramy! Strach się bać…

MrPunch In The Highlands.-000151

Lampa

Skończyłam lampę. Korpus ma ceramiczny, natomiast abażur zrobiłam, scalając szkło znalezione w morzu, tak zwany seaglass, za pomocą lutowania.

Takie witraże są trochę inne niż klasyczne, ponieważ ich szkło jest zazwyczaj matowe (to dzieło kamieni i soli morskiej), a do tego kawałki szkła są zupełnie nieregularne. W rezultacie witraż też jest niekształtny, co jednak mi nie przeszkadza.

Lampka daje miłe światło i zdecydowanie nadaje się do postawienia na nocnym stoliku.

Skald

Skalda wyrzeźbiłam z drewna bukszpanu, na kształt japońskich figurek netsuke. Rzeźbienie w drewnie ma wielką zaletę: co wyrzeźbisz, to masz. Ceramika ma to do siebie, że rzeźbisz, czekasz na wyschnięcie i wypalenie, wypalasz, szkliwisz, a potem czekasz na wypalenie , a wreszcie okazuje się, że coś pękło, albo że szkliwo było złe i wyszło nie tak jak chciałaś. A czasem zdarza się, że jeszcze nic nie poszło do pieca, bo prac jest tak dużo, że twoja musi czekać miesiąc, albo dwa miesiące, aż ktoś wreszcie uzna, że dojrzała do wstawienia do pieca. Dlatego czasami wolę rzeźbić w drewnie, które wymaga tylko ostrych narzędzi i silnych rąk. A te akurat mam pod ręką😂.

Siedmiu samurajów

Po raz kolejny, pewnie tysięczny, oglądamy film „Siedmiu samurajów” . To od dawna jest nasz ulubiony film Kurosawy. Zazwyczaj włączamy go wtedy, gdy okazuje się, że na pewno nie ma nic choć trochę nadającego się do oglądania. A ostatnio jest tak coraz częściej. Nie wiem nie wiem czy to wina naszego wieku czy raczej wina naszego operatora telewizji, czyli UPC. Podejrzewam że i jedno i drugie.

Z ciekawostek: od wczoraj mam nowy telefon, właściwie telefoniczny komputer, albo komputerowy telefon, jak kto woli. Ma 64 GB miejsca i 4 GB pamięci RAM. Syn powiedział, że to prawie jak komputer. Dobrze, że dodał to prawie, bo jego komputer też jest bardzo nowoczesny. No, ale On używa go do pracy, a ja mam po prostu nową zabawkę. Dość potrzebną, bo od pewnego czasu nic nie mogłam zainstalować na moim starym telefonie, za każdym razem pojawiała się informacja, że „ta aplikacja nie jest zoptymalizowana do twojego telefonu”. To takie delikatne powiedzenie: babo, masz stary telefon kup se nowy, a ten oddaj na złom.

To mówiłam ja, wasza Peonia. Dlaczego mówiłam? Dlatego, że to pierwszy wpis, który wykonuję za pomocą aplikacji do dyktowania tekstu, oczywiście zainstalowanej na moim telefonie. Słuchajcie, to naprawdę działa! Potem trzeba już tylko wstawić przecinki i kropki.

Już kiedyś pisałam wam, że syn nazwał mnie optymalnym beta testem. Chyba miał rację.

Porządki emerytki

IMG-PHOTO-ART--1841348245Nareszcie zmusiłam się do gruntownego przejrzenia szaf ubraniowych. Całe życie byłam chomikiem, ale chyba mi powoli przechodzi. Co zaczynam sprzątać, to ubywa co najmniej połowa. A z tego co zostaje noszę przez cały rok 10-20 rzeczy. Więc po co mi cała reszta? Powoli dążę do stanu idealnego – pustych szaf, w których będę się mogła chować, gdy zdziecinnieję do reszty.

Problem w tym, że nienawidzę wyrzucać rzeczy, które nie są zniszczone. Zrobiłam zatem przegląd miejsc, w których można oddawać czyste ubrania używane. Nie myślcie, że to takie proste. Na przykład Caritas wielu rzeczy po prostu nie przyjmuje. A jak nie daj Boże przyniesiesz coś takiego ze sobą, to potem musisz to zabrać. Więc po godzinie przeglądania ciuchów pod okiem odpowiednio przeszkolonego magazyniera możesz się dowiedzieć, na przykład, że połowę tobołków musisz sobie zabrać z powrotem. I masz babo placek: targaj łachy gdzie indziej!

To nie dla mnie; żaden chomik nie zniesie dwukrotnego przeglądania rzeczy, które przeznaczył do oddania, a tym bardziej sugestii, że bluzka, w której chodził jeszcze w zeszłym roku, nie nadaje się dla ubogich, choć jest czysta, nieporwana, niesprana, a jedyną jej wadą było to, że wisiała obok dwóch bardzo do niej podobnych.

Dlatego pozostają mi pojemniki PCK – zdobyłam ich adresy i już wiem, gdzie wyląduje połowa zawartości mojej szafy. Tam nikt nie cenzoruje ubrań, które się wrzuca. Nie wiem, co się z nimi dzieje dalej – i szczerze mówiąc mnie to nie obchodzi. Serce chomika krwawi, więc trzeba to skończyć jak najprędzej.

Spacer po lesie

Wiosna naprawdę zwariowała. W ciągu zaledwie jednego tygodnia rozwinęły się liście wielu gatunków. Tylko dęby jakby zastygły w swoim jesienno-zimowym outficie.

Przeszliśmy dziś jakieś 7,5 km, po naszych ulubionych rzęchach-chęchach. Trochę czułam kolana, po wczorajszym pedałowaniu, ale w sumie było nieźle. Od kiedy wyleczyłam boreliozę jest dobrze…

SAM_0086

Pogoda była cudowna, powyżej 23 st. C, ciepły wiatr, ludzi jak na lekarstwo. Czego więcej chcieć? Może tylko wolałabym nie widzieć tych śmieci, o których pisałam w poprzednim poście. Ale już niedługo trawa podrośnie.

SAM_0129

Zastanawiam się tylko, dlaczego Kampinoskiemu Parkowi Narodowemu nie przeszkadzają te śmieci, które mnie w oczy kolą? Ja rozumiem, że park narodowy to miejsce, w którym przyroda powinna być zachowana w jej naturalnym stanie, ale czy sterty śmieci w rowach melioracyjnych wzdłuż dróg to ten stan naturalny, który należy zachowywać? Tyle razy widziałam samochody Parku na trasie, nawet dzisiaj, ale wyraźnie nikomu poza mną ten syf nie przeszkadza.

SAM_0135

Mój Nikon pojechał do Czech na ostatni przegląd gwarancyjny, więc na razie wróciłam do mojego starego Samsunga. Trzeba na nim wymusić prawidłowe zachowania, nie ma co liczyć na automat. Nie jest to bardzo subtelny aparat, więc zdjęcia są jakie są.

 SAM_0137

Samsung o wiele gorzej radzi sobie z fotografią w pełnym słońcu. Ale nie mam co narzekać… W sumie te rośliny, i te krajobrazy, robiłam już tysiąc razy, różnymi aparatami…

Nagły wybuch wiosny

Sezon rowerowy: 24 km w niezłym tempie. Ale czuję się zmęczona. Może to jednak wina kilku kieliszków Zinfandela wypitych do grillowanego łososia?

A poza tym oszałamiają mnie jaskrawa zielenina za oknem. Wystarczył tydzień, aby świat zmienił się w cudownie zielony bukiet. Forsycje, drzewa owocowe, wszystko kwitnie na potęgę.

Veolia jak zwykle nie umie ustawić parametrów przesyłu ciepłej wody tak, aby w moim mieszkaniu nie waliło pod podłogą sypialni. W ciągu ostatniego tygodnia czułam się jak osoba próbująca zasnąć w rozpędzonym pociągu towarowym. Musiałam przenieść materac z sypialni do drugiego pokoju, żeby w ogóle mieć szansę zasnąć. Szansa była, sen jednak był dość marny. Poza tym uwielbiam wstawać nocą, po ciemku, z podłogi, żeby pójść na siku.

Żeby nie spać na podłodze kupiliśmy dziś rozkładaną sofę. Inwestujemy na potęgę, niedawno lodówka, teraz sofa.

Moja pracownia ceramiczna się zbiesiła i wypala wszystko, co nie ma więcej nić 20 cm wysokości. Moja lampa czeka już 5 tydzień.

Na szczęście drobiazgi się załapują…

DSCN0087

Jeszcze raz się udało

SAM_0208_edited

Wiosna przyszła nagle. Można powiedzieć, że nas zaskoczyła: na dworze upał, a rośliny wciąż w stanie półuśpienia. I dobrze, bo dwa lata temu nagły nawrót zimy wymroził skowronki, a w zeszły roku ściął pączki na drzewach owocowych.

Skowronki już jednak przyleciały i na polach robi się ciekawiej. A w koronach drzew ruch jak na Marszałkowskiej. Wszystkie stworzenia, duże i małe, chcą się na potęgę pokazać z najlepszej strony. Takie małe targowisko próżności.

Sezon rowerowy rozpoczęty: wczoraj 19 km. Przedwczoraj 10 km po polach na piechotę… Trenuję do Szkocji…

Ziomal-suweren jak zwykle przez całą zimę wywoził śmieci do parku narodowego. Póki był śnieg to jakoś nie było widać aż tak bardzo. Teraz cały syf, czyli ślad ziomala na ciele matki natury, wyszedł w nadmiarze. Dobra matka jednak zrobi pewnie wszystko, by przykryć i zatuszować ludzką głupotę trawą, mchem, liśćmi. Aż do zimy spod krzewów wyglądać będą tylko te najnowsze, najświeższe śmieci: butelki, plastiki, kineskopy telewizyjne. A zimą znów wszystko przykryje śnieg. Głupota ziomala zostanie wszakże równie niezmienna jak ten cykl przyrody.

Zły dzień

Zawsze, kiedy nic mi się nie udaje, mówię sobie, że mam zły dzień. Niby wygodna forma usprawiedliwiania wszystkiego, zarówno siebie jak i okoliczności niezależnych.

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie zastanawiający fakt, że od miesiąca mówię sobie tak codziennie. Czyli każdy dzień zły? A może jednak ze mną coś nie tak?

01 (8)

Nie dziel skóry na niedźwiedziu

Powiadają, że dał początek temu przysłowiu chłop strzelec, który na Polesiu, gdzie jest niedźwiedzi najwięcej, był dobrym strzelcem, a jeszcze lepszym pijakiem. Ten u żyda arendarza napiwszy się, zapłacić nie chciał, tylko skórę mu z niedźwiedzia obiecywał.
Na ostatek, gdy żyd nie odpuszczał swojego, powiedział:

– Ja skóry niedźwiedzie w lesie chowam, przyjedź sobie po nią.

Nie miał jednak żadnej skóry, tylko o pewnym żywym jeszcze niedźwiedziu myślał, bo jego legowisko znał i chciał z karczmarza zakpić.
Żyd wlazł na wóz i dawaj, macha, żeby chłop na wóz wsiadał, bo po tę skórę trzeba pojechać.  1000px002960

W pewnym miejscu kazał mu strzelec stanąć, a sam opatrzył dobrze strzelbę. Wtem wychodzi na nich niedźwiedź ogromnej wielkości. Chłop mierzy z fuzji i strzela, chybiając. 

Zwierz rozdrażniony począł strzelca łapami tarmosić. Przerażony, a bezbronny arendarz ze strachu się pod wóz schował. Tymczasem strzelec wstrzymał oddech, trupa udając. Niedźwiedź zaś to odchodzi, to znów wraca, nosem koło uszu chłopa wodzi, sprawdzając, czy chłop dycha co zwykle niedźwiedzie czynią, by sprawdzić, czy jego ofiara jeszcze żyje.

Nareszcie mniemając, że już nieżywa, niedźwiedź w las pobiegł, bo (jak powiadają) zwierz ten padliny ludzkiej nie ruszają.

Po dłuższej chwili poturbowany strzelec woła na arendarza, żeby go poratował. Żyd przyjrzał się chłopu, za głowę złapał i po ludzi pobiegł, którzy strzelca na pół żywego na wóz włożyli i do domu odwieźli.

W drodze zaś zaciekawiony żyd strzelca zapytał:

– Bracie Iwanie, a cóż wam ten niedźwiedź tak do uszu szeptał? 

– Oto – odrzekł strzelec zawstydzony – żebym już nigdy więcej skóry na żywym niedźwiedziu nie dzielił.

W tym samym znaczeniu używa się też innych przysłów:


Jeszcze skóra na baranie, a już rzeźnik pije na nie.

Niedźwiedź w lesie, a ty skórę jego sprzedajesz.


Ptacy jeszcze w lesie, a on już rożenki struże.

Lubię…

Lubię, gdy moje domowe roślinki odwdzięczają się uśmiechem za serce, które wkładam w ich pielęgnację. Ten kaktus to rodzinny spadek, przeszedł niejedno zanim trafił w moje ręce. Ja też go nie rozpieszczałam, ale jednak od czasu do czasu go podlewam. Nie dałam mu jeszcze imienia, choć zwykle moje kwiaty jakoś  nazywam. I nagle Bezimienny zakwitł tak ładnie.

DSCN0080

Pan bezimienny

Czarny piątek

czarna-wstazkaMogłoby się wydawać, że emerytkę to już nie powinno obchodzić. Co mnie tam do ciąży i aborcji. Choćbym chciała, to ani jedno, ani drugie mi nie grozi. A jednak trudno mi być obojętną… Może dlatego, że wybiegam myślą w przyszłość i widzę – ciemność.

Opisałam kiedyś losy mojej koleżanki, praktykującej katoliczki, która urodziła dziecko ogromnie zdeformowane, a jednak zdolne do życia – czy raczej do wegetowania. Bo nie jest najgorsze to, że bardzo kaleki noworodek szybko umiera. Najgorsze jest to, że niektóre z takich bardzo kalekich dzieci żyją długo. Żyją z małomózgowiem, ślepe, niezdolne usiąść, niedolne jeść samodzielnie, cierpiące z powodu odleżyn, kurczów mięśni. Również takie dzieci będą teraz rodziły kobiety, którym odmówi się prawa do aborcji.

Moja koleżanka nie oddała dziecka, choć zaraz po porodzie oferowano jej taką możliwość. Za to chciała wraz z nim wyskoczyć z trzeciego piętra szpitala. Kiedy jednak wyszła do domu, wzięła się w garść i opiekowała się tym dzieckiem najlepiej jak umiała. Do 14 roku życia. Pamiętam, jak drobna, zmęczona, zaplątana w setki rurek i cewników, masowała, karmiła przez rurkę, myła, przenosiła – wszystko sama, bo mąż się wyprowadził, gdy tylko się okazało, że dziecko jest tak głęboko upośledzone. Gdy chłopiec umarł, była smutna. Spróbuj nie kochać istoty, z którą jesteś tak mocno złączona przez 14 lat, 24/7. Ale żyć zaczęła dopiero wtedy, gdy odszedł. Gdyby nie umarł, ona miałaby teraz tyle lat co ja, a jej bezwładny, kaleki syn 35.

Moja koleżanka była heroiczna. Nie popełniła samobójstwa, nie zabiła dziecka, zrobiła wszystko, aby je zachować przy życiu. Była silna i zdeterminowana. Ale nie wszystkie kobiety są tak silne jak ona. Ile nieszczęść i tragedii przyniesie ta zaostrzona ustawa? A do tego, ile par nie zdecyduje się na dziecko, ile kobiet nigdy nie podejmie ryzyka zajścia w ciążę?

 

 

K: Komputer

Pewnie mi nie uwierzycie, ale jestem rodzinnym guru do spraw komputerów. Niby że znam się na nich jak nikt inny (w rodzinie). Co jakiś czas ktoś do mnie dzwoni z prośbą lub labiedzeniem:

– Wiesz, Peonio, otwiera mi się takie okienko, ale boję się kliknąć…

– Wiesz, Peonio, gdzie się znajduje pliki…

– Nie wiesz czasem, Peonio, co to znaczy, że wyświetla mi się…

Jasne, jestem weteranem komputerowym – pierwszy raz usiadłam do komputera jeszcze w 1983 roku. W Stanach. To było przeżycie! Mój opiekun naukowy powiedział: Musisz mi uwierzyć, Peonio, komputery nie wybuchają. I uwierzyłam mu! Dlatego być może dziś jestem tym cholernym rodzinnym guru…

a0010190

Woman at work (1984)

Rodzina

Rodzina ojca nie była duża, ale dostojna. Jego matka była raczej romantyczną naturą, wcześnie skazaną na wdowieństwo, a do tego nosząca w sercu żal do swej matki, która zabroniła jej wyjść za mąż za jedynego człowieka, którego kochała. Historia jest romantyczna, ale długa, więc dziś tylko wspominam.

Meyer0

Patrzę na to stare zdjęcie (circa 1902) i zastanawiam się, jakie to emocje kazały pociąć je w taki fantazyjny sposób. Kogo na nim już nie ma i dlaczego? Od razu widzę, że brakuje stryjka, ale nie sądzę, żeby to była idea przewodnia tej fotograficznej rzezi. Wyraźnie ucięto kogoś po lewie i kogoś po prawek, na werandzie. Cóż, mogę tylko powiedzieć, że szkoda…

A na zdjęciu prócz ojca (to ten mały gimnazjalista) jest oczywiście moja babcia, ciotka Janka (do której podobno byłam w młodości bardzo podobna); dwie bliźniaczki (Eugenia i Zosia) też są mymi ciotkami, jedną nawet znałam osobiście. Trochę to dziwne, gdy emerytka patrzy na swoje młodociane ciotki. Fotografia to naprawdę cudowny wynalazek.

Moje miasto

243_4342

Ze światła poczęte
Moje miasto
Z deszczu wyżęte
Moje miasto
Ze światła poczęte
Moje miasto
Z deszczu wyżęte
Moje miasto

   Z puzzli, domów, samochodów i wind
Mieszkańców, mętów, przekrętów
Psów, sklepów, dyskotek i kin
Szpitali, cmentarzy i gliniarzy
Bazarów, browarów i kiosków
Hipermarketów, gadżetów
Pseudofacetów i superkobitek
Moje miasto przestrzeni rozbitek

(piosenka Marii Peszek)

Czajniczek

DSCN9983

DSCN9986

Z czajniczkiem był kłopot: gdy go odebrałam, był popękany. Ale się nie rozpadł. Mogłam go wyrzucić, ale zrobiło mi się go żal: ma zawadiacko zadarty nosek, śmieszną czapeczkę i pękaty brzuszek, jednym słowem jest sympatyczny. Postanowiłam go skleić i potraktować jako rzeźbę. I tak przybyła mi kolejna nieużyteczna rzecz, którą lubię…

Londyńskie strachy będą w handlu

Mam wieści. Okazało się, że gra Redi Games, firmy, w której pracuje mój zdolny syn, miała świetne wejście i w ciągu 34 godzin zebrała całą sumę (36 tysięcy) potrzebną do uruchomienia produkcji gry. Zbiórka trwa nadal, w trzeciej dobie, mają już 44 tysiące, a oni już stawiają sobie nowe cele. Młodość to piękna część życia – jest po co patrzeć w przyszłość. Thumbs up

Wiersz

Umarła Poetka nie postawiła kropki za zdaniem i litery rozsypały się w bezładzie jak czarne koraliki z Jablonexu. Wyzbierała je poślinionym palcem. „Kiedyś babcia tak zbierała okruchy chleba, i paproszki na dywanie, i białe nitki na czarnej, żałobnej garsonce” – pomyślała Mała Lunatyczka.

Umarła Poetka zsypała wszystkie literki do popielniczki, po czym zaczęła je rozgarniać zapałką, próbując znaleźć jakiś sens tej bezładnej zbieraniny.

– Mówiłam, mówiłam ci, że wiersz musi mieć znaki przystankowe, bez tego wszystko się rozłazi, rozsypuje. Nie dla mnie te nowinki. Niech młodzi piszą wiersze bez kropek i przecinków.

– Nie, z tego już nic się nie ułoży – gderała. – Kolejny wiersz do wyrzucenia.

– Może by je wysiać – podsunęła Mała Lunatyczka, zaglądając Poetce przez ramię. – Te drobiny przypominają ziarenka maku – dodała i spojrzała na Umarłą Poetkę z nadzieją.

– Może wyrośnie z nich jakiś poemat? Albo Czarna Elegia? Albo, albo…

– Prędzej jakaś bezsensowna wyliczanka – burknęła Umarła Poetka, ale pomysł jej się spodobał. Wysypała literki na dłoń, wychyliła się z okna pokoju i rozsypała je na wietrze. Przez chwilę unosiły się w powietrzu, a potem zmieniły w ptaki i odleciały.

– Sama widzisz, że wiersze bez znaków interpunkcyjnych są zupełnie nieodpowiedzialne.

A Mała Lunatyczka smutno pokiwała głową, bo właśnie uświadomiła sobie, że nawet nie wie, o czym ten wiersz był. Miała jednak niejasne podejrzenie, że może o ptakach…

Z dzienniczka Małej Lunatyczki, 2009