Mimozami jesień się zaczyna???

A co to właściwie mimoza?
Z czym to się je? (To wie koza.)
I jak to się ma do jesieni?
(A zwłaszcza jesieni w Warszawie)
Ja się w mimozy nie bawię!

Ja mogę wrzos i topole,
a te mimozy – chromolę!!!

Ja mogę, że plucha i słota,
i błoto, o tak, ja chcę błota!
I liście, co na łeb mi lecą –
mimozy mnie nie podniecą!

Mimoza – roślina nabyta,
z Warszawą nieobyta,
a że na dotyk wrażliwa?
Phi, tak z mimozami bywa…

Ja zaś wolę wrzos i topole,
a czułą mimozę – chromolę!

W noc idę

Na ziemi: śnieg.
Na niebie nocnym: gwiazdy.
Potem przez gałęzie drzew umarłych
muzyka odległego miasta.
Nasz profil rysuje się
w spływających i ginących obłokach,
w połysku błękitnawym.
Nieświadomie liczymy nasze kroki.
Jakiś świst.
Oto w jakiejś stronie czujemy ruch rzeczy, które kiełkują.
Ach, te spadające gwiazdy!
Poprzez gałęzie drzew umarłych
słyszymy jeszcze wiew muzyki miasta
podobny do tonu dzwonów na świtaniu,
do pęku kwiatów.

Atsuo Ogi

W– wiersze

Nie umiałam go wyrzucić, choć pewnie powinnam, bo jest dowodem na to, że już pół wieku temu miałam ciągoty do grafomanii (które później skwapliwie rozwijałam, by w końcu osiągnąć pewnego rodzaju mistrzostwo).

Chodzi o kajecik (aha, pewnie nawet nie wiecie, co znaczy to słowo: zeszyt) z wierszami, które zaczęłam pisać, gdy po śmierci ojca w moim domu rodzinnym zrobiło mi się bardzo smutno i samotnie. Znalazłam go w czasie jakiegoś wielkiego sprzątania i do dziś trzymam, choć naprawdę dawno powinnam wyrzucić.

Z drugiej strony… Jeśli pomyśleć, że pisałam te wiersze w okresie, gdy miałam od 12 do 15 lat, to może wcale nie są najgorsze… Będę Was nimi od czasu do czasu raczyć, a co tam… Jest pogoda dla grafomanów, a w takim razie może i ja mam prawo przemycić grafomańskie cegiełki moich wspomnień…

Uwaga, wiersz czternastolatki sprzed wiecznych czasów… Może trochę w rytmie Koziołka Matołka, ale wierzcie mi – ja tę koziołkową poezję przeczytałam po raz pierwszy już jako mężatka… Więc ten rytm to chyba mój ówczesny wynalazek…

***

W moim małym pokoiku
Cztery kąty zawstydzone,
A piec piąty się rumieni,
Kiedy spojrzeć w jego stronę.

W moim małym gospodarstwie
Słodko pachnie bez liliowy,
A przez okno mi zagląda
Księżyc brzydal migdałowy.

W moim małym kolorowym pokoiku
Co dzień budzę me wspomnienia
Zasuszone po chłopaku
Bez imienia.

Po chłopaku, który wstążki przy gitarze
W kolorowe warkoczyki pozaplatał
I miał oczy niczym studnia pełna marzeń!
I piosenki miał pachnące końcem lata!

W moim małym pokoiku
Cztery kąty zawstydzone
I piec piąty, co ze wstydu również płonie,
Gdy spod oka zerkam czasem w jego stronę.

 

E: Eklerki, ech…

I komu to szkodziło? No dobrze, czasem mogło zaszkodzić, ale czym jest niewielka biegunka w porównaniu z nieziemską, delikatną słodyczą boskiej, lekko słodkiej bitej śmietany, zamkniętej, w smukłym ptysiowym pudełeczku, leciutkim wieczkiem z chrupiącym lukrem o smaku czekolady.

Tata był łasuchem. Uwielbiał wszystko co mączne i słodkie. Pewnie dlatego tak utył, kiedy na początku rewolucji październikowej ukrywał się u pewnej wesołej i gościnnej wdowy w Odessie.

Wzięłam po ojcu wiele – mocną budowę ciała, grube kości, zamiłowanie do nowinek technicznych, pięknych samochodów i słodyczy. Kiedy przychodziła ojcowska renta (wojskowa, niezbyt wysoka renta z powodu kontuzji, którą jako ułan odniósł w jakimś ataku), tata wołał mnie, wciskał bilonową końcówkę w moją rączkę i mówił: Leć do Cedeciaka, kup irysy i toffi.

Ech, świat był wtedy taki prosty. Na domowe okazje mama przynosiła eklerki, ptysie i bajaderki… Ja i tata uwielbialiśmy te pierwsze. Brat był od ptysi, mama w domu preferowała bajaderki. Tata wyśmiewał się, że to zmiotki z podłogi piekarni i dodają do nich alkoholu, żeby zdezynfekować… Ech…

W pracy mama preferowała wu-zetki, takie typowo warszawskie ciastka, coś w rodzaju lekkiego, nasączonego pączem murzynka z warstwą bitej śmietany w środku, bo warszawiacy uważali, że wu-zetki dobrze pasują do kawy. Być może, ja jednak wtedy kawy nie piłam (chyba że zbożową z mlekiem), więc te zależności smakowe były mi obce. Ale eklerki… Eklerki były moim ukochanym ciastkiem, zwłaszcza gdy już leciutko podeszły słodką serwatką ze śmietanki. Śmietanę dawano wtedy świeżą, nie jakąś tam uhatkę, nie – taką zwykłą ze szklanej butelki ze złotym kapslem.

No i przyszły standardy europejskie, delikatne świeże śmietanowe pianki odeszły w niebyt, bo przecież to potencjalne źródło zakażeń salmonellą i czym tam jeszcze. Choć całe dzieciństwo wpieprzałam z rodziną eklerki i nigdy nie zachorowałam, te właśnie ciastka musiały zniknąć z lad cukierni albo przeistoczyć się w paskudne brązowe trumienki, wypełnione maziajowatą sztuczną masą śmietankową, w których raz na zawsze pogrzebano najlepszy smak mego dzieciństwa. Ech…

Wiatraki

Signum temporis

Na starej hałdzie po wydobyciu węgla w Bełchatowie wyrosły piękne białe kwiaty: wiatraki. Widać je z dala, obracają leniwie swymi długimi ramionami, a kiedy przymrużam oczy, to na tle nieba wyglądają jak smukłe dziewczyny w jakimś powolnym tańcu.

Jestem stara. Przeżyłam gloryfikowanie węgla (polskie złoto!), pamiętam usmolonych węglarzy przywożących to czarne paliwo na podwórko kamienicy, w której mieszkałam; węgiel przyjeżdżał do nas z ulicy Smolnej, na wielkim wozie ciągniętym przez dwa skonane konie. Pamiętam też wielogodzinne wwalanie tego polskiego skarbu przez okno, do piwnicy, kiedy brakowało pieniędzy na opłacenie tej “usługi”. Pamiętam też męczące wnoszenie rozłupywanych wcześniej kawałków w wiaderku na pierwsze piętro. (Komu wiaderko, temu wiaderko… Moja opiekunka niosła wiadro…) Nigdy nie lubiłam węgla, choć zawsze kochałam trzaskające w piecu polana. Węgiel zawsze śmierdział, dusił i brudził. I zabijał.

sajzy7_0071

Kiedy w Polsce pojawiły się wiatraki (patrz małe elektrownie wiatrowe), od razu je pokochałam. Bardzo lubiłam ich sylwetki na wzgórzach, w wodach morza; dziwiło mnie, że ludzie krzywią się na wiatraki, a nie przeszkadzają im hałdy węgla, dziury w ziemi i cały brud związany ze spalaniem i wydobywaniem węgla. A kiedy PiS wprowadził swą ustawę antywiatrakową, to pomyślałam, że świat oszalał.

Są kraje, które już w ogóle nie potrzebują węgla, a my jak krety(ni) upieramy się przy ryciu w ziemi i wydobywaniu z niej tego, co nas powoli zabija.

Jechałam wiosną przez rozległe ostępy szkockiej wyspy Skye. I gdy rozmarzonym wzrokiem starałam się ogarnąć krainę moich ciągłych zachwytów, zza zielonego wzgórza zamachały do mnie białe wiatrakowe panny… Moja piękna Szkocja ucieka w ich ramiona od zatruwającego organizm torfu, którym palono tam od pradawnych czasów. Szkocja też ma dość smogu i inwestuje w białą energię… Ech…

Ale Szkocja to przecież moja kraina marzeń jeszcze z czasów dziecięcych…

Mucha

Żywoty poczciwe

A taka na przykład mucha,
mówią, że niby wstręciucha,
że kiedy przyjrzeć się bliżej,
to ona wszystko liże

i to bynajmniej nie kwiecie,
lecz zwykle śmiecie!

Nikt nie pomyśli, że musze
ta sprawa przytłacza duszę,
że życie mieć może wewnętrzne
być może bardziej wdzięczne…

I może właśnie dlatego
kaca ma moralnego?

Może gnębi ją sytuacja,
że czyjaś wczorajsza kolacja,
czy inne wczorajsze danie
to jej dzisiejsze śniadanie?

Sny

Na starość sny robią się jakby bardziej uchwytne. Tak, jakby ta sfera umysłu też traciła swą pierwotną sprawność i nie nadążała z wciąganiem ich do podświadomości. A może to jedynie skutek tego, że starzy ludzie częściej się budzą w nocy? Kiedyś przesypiałam całą noc, teraz zdarza się, że wstaję nocą nawet dwa, trzy razy. Budzi mnie zwykle jakiś dyskomfort – ból kolan, parcie na pęcherz, hałas na klatce schodowej czy dym papierosa wślizgujący się z podwórka przez uchylone okno. Jest tyle powodów aby otworzyć oczy; aż dziw bierze, że tylko niektóre ze snów zapamiętujemy.

Czasem zdarza się, że chcę zapamiętać jakiś sen czy jakąś migawkę z niego, więc kładąc się ponownie do łóżka, myślę o nim usilnie, staram się znaleźć jakieś skojarzenia, które rankiem przywołają te nocne marzenia i będę je mogła przemyśleć, a może nawet opisać. Zazwyczaj w czasie tych karkołomnych nieco rozpamiętywań zasypiam, a kiedy budzę się rano, to zwykle pamiętam już tylko, że chciałam coś zapamiętać.

Czasem myślę, że to trochę tak przeciąganie liny między świadomością i podświadomością. Gdy byłam młodsza, podświadomość zawsze wygrywała, triumfalnie biorąc górę nad świadomością, a tym samym chowając przede mną te nieliczne urywki snów, które udało mi się jej w nocy na chwilę wyrwać.

Teraz wydaje mi się, że świadomość częściej wygrywa, choć oczywiście udaje mi się skraść podświadomości tylko krótkie fragmenty snu, coś, co stało się dosłownie na chwilę przed przebudzeniem. Nadal zapamiętanie snu aż do rana jest trudne.

Kiedyś, kilka czy kilkanaście lat temu, miałam spore problemy ze snem i budziłam się w nocy nie dwa, trzy razy, ale pięć czy sześć. Walczyłam wtedy jak lew o zachowanie strzępów snów, które towarzyszyły tym przebudzeniom. Miałam nawet przy łóżku notes, w którym próbowałam zapisywać ich sens, bez zapalania światła, po omacku. Boże, cóż to były za bazgroły! I wbrew pozorom nie za wiele pomagały.

Z tamtych lat zapamiętałam jeden czy dwa sny, tak dobitne, że nie dały się zatrzeć nawet czasowi, który skutecznie pozacierał wspomnienia rzeczywistych wydarzeń. Zastanawiające jest to, że bohaterką obu jest mała dziewczynka, a ja jestem tylko obserwatorką. Obserwatorką, ale znajdującą się w tym samym miejscu i czasie co ona.

Kiedyś wyszła za koguta

Ciąg dalszy aforyzmów że starego sztambucha mojej opiekunki. Też życiowe…

Kiedyś wyszła za koguta,
Bądź kurą z kurnika,
Zawsze korna, nigdy luta,
Kiedyś wyszła za koguta…
Niechaj każda jego nuta,
Serce twe przenika,
Kiedyś wyszła za koguta,
Bądź kurą z kurnika… 🐔

Z ciocinego sztambucha

Znalazłam stary sztambuch mojej opiekunki. Z 1929 roku. Są w nim aforyzmy, które wpisała do niego jej przyjaciółka. Choć są dość proste w odczuciu naszych współczesnych wysublimowanych gustów poetyckich, ich aktualność na tym nie cierpi. A więc dziś pierwszy aforyzm, o rozumie i głupcach …

Najwięcej rozumu trzeba,
Kiedy z głupcem sprawa,
Chociaż jasna jak skraw nieba,
Lecz rozumu dużo trzeba.
Mało z takiej mąki chleba,
Nim zjesz, stęchnie strawa,
Najwięcej rozumu trzeba,
Kiedy z durniem sprawa…

Wystawa

Wybraliśmy się z Tadziami K. na wystawę Henry’ego Moore’a w Orońsku. Wszystko nam sprzyjało, piękna pogoda i niewielki tłok na trasie. A wystawa ciekawa, choć ludzi mrowie, bo to już ostatni moment, aby ją obejrzeć. Rzeźby monumentalne, ale nie tylko, znaleźliśmy kilka, które by się zmieściły do torebki i cieszyły nasze oczy w domu. Tego zazdroszczę czasem ludziom bogatym, że mają za co kupić takie cudeńka, no i gdzie je postawić.

Cóż, zwykli ludzie muszą się zadowolić wystawami i ewentualnie fantazjowaniem o chowaniu tych cacuszek do torebki. Tak czy inaczej większość rzeźb była za duża nawet na fantazjowanie…

Manufaktura Rzeczy Niepotrzebnych

Manufaktura działa mimo wakacji. Powstają nowe rzeczy niepotrzebne, które zajmują kolejne zajęte już półki. Niektóre artefakty próbuję użytkować (bransoletka), inne czekają na abażury lub towarzystwo. Jednym słowem jest zabawnie…

Znów w górach

image

Kiedy mniej więcej 5 lat temu powiedziano mi, że moje kolana nadają się do operacji, myślałam, że już nigdy nie będę chodzić po wysokich górach. Tymczasem półtoraroczne leczenie boreliozy antybiotykami spowodowało cudowną poprawę stanu kolan. Leczenie przeprowadzone oczywiście prywatnie, bo… No wiecie, oficjalnie, na NFZ, leczy się ją trzy czy cztery tygodnie.

Nie, zwyrodnienia nie zniknęły, cudów nie ma. Jedno, co się poprawiło, to że wróciła regeneracja chrząstki: wystarcza 2-3 dni, a kolana znów się nadają do użytku… I można iść w góry, na kolejną długą wycieczkę.

Na tym wyjeździe (dziesięciodniowym) byłam na pięciu ładnych wycieczkach: dwóch krótkich (ok. 5-6 km) i trzech długich (po ponad 15 km). To dobry wynik dla kogoś, kto kilka lat temu przechodził ze łzami w oczach 3 km po równym, i to podpierając się kijkami…

image

image

image

Wspomnienia: K–kapelusz

image

I komu to szkodziło?

(Anglia circa 1910)

Jestem wielbicielką kapeluszy. Znałam kiedyś kobiety, które bez tego nakrycia głowy w ogóle nie wychodziły na dwór. Nie jestem głupia, wiem, że czasy się zmieniły – spróbowałaby dziś taka elegantka prowadzić auto lub wsiąść do autobusu…

A jednak kapelusz zdobił – i to nie tylko kobiety. A niewysokim panom dodatkowo dodawał wzrostu – choć oczywiście kobiece kreacje bywały wyższe i szersze.

Do przybrania damskich kapeluszy używano najrozmaitszych rzeczy, ale oczywiście pióra ptasie cieszyły się ogromną popularnością.

Potem przyszła rewolucja w ubiorach i strusie i pawie dostarczały już tylko piór do opery i teatru.

—————-

Pamiętam jak za komuny odbywałam tzw. praktyki robotnicze w warszawskim ZOO. My, dziewczyny, nie byłyśmy zbyt obrotne, ale nasi koledzy wiedzieli, jak je wykorzystać i spieniężyć. Nas posadzono do pielenia grządek, a chłopaki co prawda musieli gnój wykidać, ale za to mieli różne ciekawe możliwości dorobienia.

Wiadomo było, że teatry, a zwłaszcza Opera, nieustannie cierpią na brak piór strusich i pawich. A w ZOO były pawie. W swej naiwności zawsze dziwiłam się, że są takie strasznie marne i oskubane. Do czasu aż zobaczyłam, jak kolega straszy pawia, któremu jeszcze zostały długie pióra, a gdy ten ucieka w popłochu, przydeptuje końcówki piór butem. Nie pamiętam ceny jednego pióra, ale sądząc po stanie ptaków musiało się to opłacać.

Podobnie rzecz się miała z kolcami jeżozwierza. Jak wiadomo są imponujące, ale puste w środku i leciutkie. W rezultacie nadają się świetnie (to usłyszałam od innego zaradnego kolegi z PRLu) na spławiki dla wędkarzy.

A my, dziewczyny, jak te niemoty siedziałyśmy w różankach i kalecząc palce o kolce, pieliłyśmy, pieliłyśmy…

Wśród 80 milionów…

MiSBet znalazło się wśród dziesiątek tysięcy fotografów Getty Images. Ot, kilka fotek zrobionych przez różnych członków rodziny. Najzabawniejsze są ceny… 😂 Znów mamy szansę zostać milionerami 🤑… Ciekawe, czy choć jedna focia za mego życia znajdzie nabywcę… Właśnie nasza, spośród 80 milionów w bazie… 🤔

1894: nieznana historia roweru

Kontynuuję wyszukiwanie ciekawostek na temat 1894 roku, roku, w którym przyszedł na świat mój ojciec.

Rok 1894: Leon XIII zalecił swojej gwardii ćwiczenia rowerowe, arcybiskup Mediolanu przychylnie się odnosił do księży-cyklistów, arcybiskup Rennes Guillaume Labouré jeździ dla odprężenia po parku rezydencji na rowerze. Działają kółka księży-cyklistów z własnym pismem.

Pierwsze ostrzeżenie: „L’Osservatore Romano” w sierpniu 1894 r. zamieszcza artykuł wskazujący na związki cyklistów z anarchią: „Welocypedysta nie jest ani pieszym, ani woźnicą, nie jest maszynistą ani zwierzęciem pociągowym, jest nieokreślonym hermafrodytą, który się wymyka wszelkim prawom ruchu drogowego, a cyklizm to kompletna anarchia”. W lipcu wybucha bomba: najpierw jest propagująca rower wśród kleru wiejskiego broszura autorstwa kilku księży z Mediolanu i zaraz potem kardynał Giuseppe Sarto (późniejszy Pius X), już mianowany patriarchą Wenecji i jeszcze administrator apostolski Mantui, 25 sierpnia ogłasza – jako pierwszy w historii hierarcha – dokument, w którym zabrania klerowi używania roweru. Uzasadnia to ochroną powagi i godności kleru, potępia „światowość”, naśladowanie przez duchownych mód świeckich, a na ewentualny zarzut, że sprawa nie jest warta aż takiego zaangażowania, odpowiada, że o tym, co jest dla Kościoła ważne, decydują biskupi, którzy rządzą prowadzeni przez Ducha Świętego. Nieposłusznym grozi (z przykrością, lecz stanowczo) karami kościelnymi.

Tygodnik Powszechny

Królowa nr 1

Pracuję nad szachową królową z gliny.

Najtrudniejsze jest oparcie tronu. Na razie zrobiłam je w postaci rysunkowej, potem wezmę się za rzeźbienia, choć nie mam pojęcia jak takie szczegóły będą wychodzić w glinie. W bukszpanie pewnie wyszłyby bez problemu, glina się kruszy…

Nigdy nie wiadomo, co znajdzie człowiek w krzakach, gdy uda się za potrzebą; czasem to jakiś 🌸 , 🍄 czasem jakby ostrzeżenie 💀.

Ten mały plastikowy ludek to jakby znak ostrzegawczy: hej, ludzie, już wkrótce trudno będzie w lesie, morzu, rzece znaleźć miejsce bez plastiku. #środowisko

Alfabet: A – alternatywa Kucejki

Kapitan Kucejko to prawdziwa legenda Studium Wojskowego, zapisał się bowiem w jego historii złotym zgłoskami. Dosłownie. Młodzież jednak nie bardzo wie, o co chodzi. Za to my, pokolenie przedsoborowe*, z pietyzmem pielęgnujemy wspomnienie o nim.

A jest o czym. Kilka lat temu, w czasie burzliwego dyskursu w ramach pewnego szacownego naukowego gremium, jeden taki przedsoborowiec wyrwał się ponoć ze stwierdzeniem, że coś jest jak alternatywa Kucejki.

Przedsoborowcy spojrzeli na siebie ze zrozumieniem, głowami pokiwali, że racja. A młódź wszelaka, posoborowa, zaczęła szemrać, co to, co miał na myśli, kto to ten Kucejko… I w ogóle, co to za grypsera, że oni nie rozumieją…

Ha, trzeba się było wcześniej urodzić…

W sprawozdaniu z zebrania szacownego gremium alternatywa Kucejki** miejsce poczesne zajęła, tylko sprawozdawca się zastanawiał, czy dać przypis z wyjaśnieniem, na czym ona polega.

I kto by pomyślał, że pan kapitan do historii przejdzie z tym swym stwierdzeniem. Ale też to tylko ułamek jego radosnej twórczości. Kolejne trafne powiedzonka można znaleźć w necie, nie będę ich przytaczać, bo po co się powtarzać… A i kropek na klawiaturze może zabraknąć na ich wykropkowanie.


* Sobór powszechny, o którym wspominam, dzieląc pokolenia, odbył się w roku 1962. Może to kiepskie miejsce, ten wpis o alternatywie Kucejki, żeby wspominać sobory, ale w sumie jak spojrzeć na to, co oferuje ostatnio Kościół, to aż się chce powiedzieć, że dla większości społeczeństwa jest to wybór, który określić by można właśnie mianem tejże…

* *Brzmienie alternatywy Kucejki, jak brzmienie większości zdań wypowiedzianych przez tego kapitana do studentów, jest wulgarne, dlatego, jako starsza pani pozwolę sobie je przytoczyć w formie symbolicznej, a jednak zrozumiałej: I to ch…, i to ch…

Krótki wpis: O dżentelmenach

Trudno w taki dzień jak dziś nie myśleć o Polsce. Nie ma mnie pod Sejmem, bo od trzech dni walczę z zapaleniem korzonków. Ale myślę i jest mi smutno, bo przychodzi mi na myśl takie oto porównanie:

Wyobraźmy sobie dość elitarny klub, który w zasadach swych ma, że do lokalu klubu można wejść w marynarce i pod krawatem.

Przychodzi do niego facet w koszuli. Obsługa mówi, że jest nieodpowiednio ubrany, a on na to, że ma legitymację klubu, więc chce, żeby go wpuszczono do lokalu.

– Dobrze, proszę pana, ale proszę założyć marynarkę i krawat – mówi uprzejmy concierge i podaje facetowi dyżurną marynarkę i krawat.

Facet zakłada marynarkę, wiąże krawat, po czym zdejmuje spodnie.

– Ależ proszę pana, tak pan wejść na salę nie może!

– A gdzie to jest napisane? Przecież w zasadach jest, że trzeba być w marynarce i pod krawatem. O spodniach nie ma mowy!


Tak właśnie wyobrażam sobie obecne postępowanie Polski w stosunku do Unii Europejskiej. Jesteśmy w klubie, który w swych regulacjach nie przewidział, że po założeniu wypożyczonej nam marynarki zechcemy zdjąć spodnie i paradować w samych kalesonach.

NN – czyli o nominacjach do nagrody

NN oznacza zwykle osobę nieznaną z nazwiska. W moim przypadku to Nieoczekiwany Nominat. Nieoczekiwany, bo zwykle nie biorę udziału w takich zabawach – nie dlatego, że ich nie poważam, ale dlatego, że bardzo mnie peszą i nie całkiem umiem się w nich odnaleźć. Skoro jednak nominował mnie do tytułu mystery-blogger-award2005587522

taki indywidualista jak bfcb i tak wszechstronna blogerka jak Caffe, to nie mogę odmówić i włączam się do zabawy z wdzięcznością i uśmiechem.

Oto zasady:

1. Umieść nagrodę logo / obraz na swoim blogu +

2. Podaj zasady +

3. Podziękuj temu, kto cię nominował i podaj lin do jego blogu +

4. Wspomnij o twórcy nagrody i podaj link do jej strony +

5. Powiedz swoim czytelnikom 3 rzeczy o sobie +

6. Nominuj 10-20 osób + / –

7. Powiadom nominowanych przez umieszczenie komentarza na ich blogu +

8. Zadaj swoim kandydatom 5 dowolnych pytań; z jednym dziwnym lub zabawnym pytaniem…  –

9. Udostępnij link do swoich najlepszych postów –

Pomysłodawcą nagrody jest autorka strony Okoto Enigma, która twierdzi, że jak dotąd był to najlepszy pomysł, i że „Mystery Blogger Award” to nagroda dla niesamowitych blogerów o genialnych postach. Okoto Enigma jest bardzo młoda i tryska energią, stąd pewnie wysokie wymagania, jakie stawia uczestnikom zabawy. Choć bardzo chcę, to jednak pewnie nie zdołam im sprostać. Ale kilka warunków próbuję spełnić. A więc coś o sobie:

1. Urodziłam się dość dawno, podejrzewam że wtedy, kiedy rodziców Okoto pewnie nie było jeszcze na świecie i to sprawia, że mam mniej energii od uroczej i dynamicznej autorki nagrody…

2. To już mój n-ty z rzędu blog, poprzednie kasowałam bez żalu i bez zmrużenia oka; ten blog uchował się tylko dzięki sympatycznej perswazji bfcb

3. Gdyby klasyfikować mnie wg nazw osobowości stosowanych w grach planszowych lub komputerowych, to mam osobowość chaotyczną – interesuje mnie wszystko, chciałabym robić prawie wszystko, a cierpliwości starcza mi na nie wszystko – i to też ma wpływ na moją zdolność wypełnienia wszystkich warunków nagrody.

Teraz moje nominacje:

1. Oczywiście bfcb – za wyjątkowo przyjazną dla użytkowników ksywkę Winking smile i prowadzenie interesującego blogu o fotografii, literaturze i ludziach, a także o Wejherowie, mieście w legendarny nieco sposób związanym też z historią mojej rodziny (https://wczorajszefotografie.wordpress.com/);

2. Autor strony https://kamiennakamieniu.wordpress.com/, którego inną stronę, Lapidaria (http://lapidaria.wikidot.com/) od wielu lat obserwuję na serwerze Wikidot – podziwiając konsekwencję i oddanie tematyce ratowania zapomnianych i zaniedbanych cmentarzy;

3. Autor strony Moje fascynacje, za systematyczne podrzucanie ofert Humble Book Bundle i innych ciekawostek dla czytających geeków

4. Jolanta Kalinowska za 1/100 – blog fotograficzny, w którym fotografie żyją dniem codziennym, a dni żyją w fotografiach

5. Autor blogu https://365dniwobiektywielg.wordpress.com/  za systematyczne pokazywanie, że to nie aparat robi zdjęcia, ale fotograf

6. Autorka https://beforeankadies.wordpress.com, która pokazuje na swym blogu różne piękne zakątki świata i podpowiada, jak tam dotrzeć, gdzie zamieszkać, co jeść i jak się zachowywać, żeby się nie wygłupić…

7. Autorka blogu Blog Caffe, za ciekawy blog, który trwa już od 10 lat, ale się nie starzeje; nawet gdy zajrzysz do wpisów archiwalnych, to znajdziesz w nim coś ciekawego i dzisiejszego

8. Autorka blogu https://dermatologdlaafryki.wordpress.com/ za przybliżanie tematyki pracy na rzecz osieroconych dzieci i ubogich mieszkańców Afryki, ciekawe zdjęcia i to, że robi coś dobrego dla tych, którzy najbardziej tego potrzebują…

9. Ona w wielkim mieście z kolei dowodzi swym blogiem niezbicie, że młodzi ludzie nie tylko biegną do przodu, ale też zastanawiają się nad drogą, którą należy wybrać.

I tu wkracza moja chaotyczna osobowość, tupie nogą i mówi, że ma już dość tego postu i że czekają zdjęcia ze Szkocji, pewnie ze dwa tysiące, a ja podlizuję się blogerom, zamiast usiąść na zadku i wyrzucić jakieś 1500 niedobrych fotek., a pozostałe 500 przejrzeć i wyrzucić kolejny 200.

Tak to jest, gdy się ma osobowość chaotyczną, kochani. To ona decyduje ile blogów mogę polecić, a nie moje serce, które chciałoby ich Wam pokazać jak najwięcej.

Wybaczcie starszej pani, która robi co może, by nadążyć za Wami, młodymi… I za Okoto… Ale tu to już mam zupełnie przechlapane.

PS. Zdarzyło mi się kiedyś, że gdy powiadomiłam w komentarzu “nominata” o nominowaniu, to zrugał mnie i powiedział, że nie myślał, że taka stara baba jeszcze się bawi w łańcuszki szczęścia. Czytam wiele blogów, których autorzy pewnie by mnie potraktowali podobnie, choć może grzeczniej. Dlatego z czystego asekuranctwa wybrałam tylko kilka, z nadzieją, że zechcą wziąć udział w zabawie, a przynajmniej się uśmiechnąć.

Z tego też powodu rezygnuję z zadawania pytań, zwłaszcza tych dowcipnych…

A co do moich najlepszych postów, to jeszcze ich nie napisałam – ale pracuję nad nimi non stop…

Zawisak

Z cyklu Żywoty poczciwe

Ciekawi mnie, co zawisak
myśli, gdy nektar wysysa. 
I czy przez to zawisanie 
nie grozi mu trąbki złamanie? 

A także, czy wie niebożę,
że sobie przysiąść może?
I że jeść w locie nieładnie?
I że jak zje dużo, to spadnie?

I co myślą jego dzieci,
czy boją się może, że zleci?
A żona, co myśli żona,
tuż obok zawieszona?

(A jak nie myślą, to biada,
bo nie myśleć nie wypada...)

Anty…

Pewne rzeczy były za mego dzieciństwa, znaczy za głębokiej komuny, całkiem dobrze rozwiązane. Na przykład kwestia szczepienia dzieci. Się szczepiło. Nie było dyskusji, nieprzyprowadzenie na szczepienie wiązało się z bardzo przykrymi konsekwencjami, karami pieniężnymi i nie tylko. I ludziska szczepili.

Nie tylko dlatego, że prawie każdy miał w rodzinie kogoś, kto umarł na gruźlicę czy polio. Ludzie prości, czasem niegramotni, rzadko się zastanawiają nad związkiem między skutkiem a przyczyną. Szczepili wszyscy, bo BYŁO TRZEBA. Po prostu komunistyczny urzędnik wiedział, że nie ma co liczyć na mądrość ludu. Lud to lud, jedni mądrzejsi, inni głupi, jeszcze inni kompletne matoły. I wszyscy mogą mieć dzieci! A dzieci mogą mieć polo, krztusiec, tężec i inne ciekawe choroby. Więc trzeba jednym, tym mądrzejszym, przypomnieć o konieczności szczepienia dzieci w odpowiednim okresie życia, a innym, tym głupszym, szczepienie dzieci po prostu narzucić.

Ustawa, która ma zezwolić na pełną dobrowolność szczepień, to kolejny przejaw choroby zwanej przez Lema rzucawką błogostanową, która dotyka ludzi, którym jest już tak dobrze, że nie marzą o niczym innym jak tylko o pogorszeniu swego obecnego stanu. Bo wtedy będzie ciekawiej, się będzie działo, adrenalina i te rzeczy…

[Podejrzewam, że jest to niedoceniany aspekt wielu działań moich rodaków. Być może nawet odegrał istotną rolę w wyborach, które dały władzę PiSssowi. I co, dzieje się. I adrenalina jest, a jakże… ]

Pytanie, czemu Kościół angażuje się w ruch antyszczepionkowy, zasługuje na wzruszenie ramion lub jak najbardziej banalną odpowiedź: liczy na przyrost liczby wiernych. Nic tak nie sprzyja powrotom na łono kościoła jak choroba czy śmierć dziecka. A pogrzeb z asystą księdza też nie jest za darmo. Nie w Polsce.

Więc ja się nawet proboszczom nie dziwię, że zezwalają zbierać w kościele podpisy za taką ustawą… Społeczeństwo kalek i chorych, pokrzywdzonych przez los i władzę, już się rodzi. A gdy podrośnie, Kościół otworzy przed nimi bramy swoich pustawych dziś świątyń.

Krótki tekst: O mówiących


Ostatnio spotykam ludzi, którzy lubią dużo mówić. Mówią dużo, głośno, gestykulują i nie czekają na moją odpowiedź.

Zerkają tylko od czasu do czasu, czy ciągle jeszcze ich słucham. Potem rzucają: słyszysz? Rozumiesz? Wiesz, co mam na myśli? 

Ale nim otworzę usta już wracają do swej tyrady; wystarcza im moja milcząca obecność; nie czekają na żadną odpowiedź, żadnej bowiem nie potrzebują.

Wiedzą już zresztą, że nie mam ust, że moje wargi zrosły się od milczenia.

Trzykroć szczęśliwszy…

ADAMA-Zdjęcie - Zdjęcia Google-000177

Thrice happy he who, far in Scottish glen

Retired (yet ready at his country’s call,)

Has left the restless emmet-hill of man !

he never longs to read the saddening tale

Of endless wars; and seldom does he hear

The tale of woe ; and ere it reaches him,

Rumour, so loud when new, has died away

Into a whisper, on the memory borne

Of casual traveller;—As on the deep,

Far from the sight of land, when all around

Is waveless calm, the sudden tremulous swell.

That gently heaves the ship, tells, as it rolls,

Of earthquakes dread, and cities overthrown.

The Sabbath, Sabbath walks and other poems

James Grahame 1765-1811

grahame

Tablica pamiątkowa w katedrze w Glasgow

Krzywousta

Nie lubię swoich zdjęć, ale co tam, przedstawię się wam, choćby dlatego, że to zdjęcie zrobione w miejscu, które bardzo lubię: w Szkocji. Jedno z nielicznych, na których nie mam skwaszonej miny. Więc niech już tak będzie. W tajemnicy powiem wam, że wychodzę na fotkach okropnie: wiek, tusza, itd. Ale w Szkocji zapomniałam o tym i pozwoliłam się kilka razy sfotografować.

DSC_6203

Kiedy byłam mała, moja opiekunka wyśmiewała moje krzywe usta (cechę notabene rodzinną, bo widzę ją na zdjęciach babki i ciotek). Mówiła, że przede mną wielka przyszłość, bo nie kto inny jak “Krzywousty narobił z Niemców kapusty”.

Czasy się zmieniły i Krzywousta uśmiecha się miło do uroczej niemieckiej obsługi samolotu Lufthansa, który wiezie ją na jej ukochane wyspy na północy Europy, a potem odstawia całą i zdrową z powrotem do ojczyzny. O żadnej kapuście mowy być nie może, chyba że nazwiemy w ten prymitywny sposób pieniądze wydane na samolot – istotnie większe niż w tanich liniach lotniczych… Ale jak wspomnę lot do Portugalii, kiedy przez kilka godzin miałam kolana pod brodą, to nie żałuję… No cóż, może to już moja ostatnia wyprawa do Szkocji. Zostały zdjęcia i wspomnienia – trzeba teraz je przejrzeć, posegregować i odrzucić niefajne.

DSCN2200

Acha, przywieźliśmy też koło 9 kilo szkła morskiego (sea glass) na moje recyklingowe żyrandole i abażury. Znaczy oczyściliśmy szkockie plaże ze śmieci… [Czekam na podziękowania od pani premier!] Teraz musz to wszystko umyć i posegregować. Część szkiełek nadaje się na biżuterię, część jest stricte abażurowa. Znaczy, że muszę teraz kupić ze 2 kilo cyny… Ach te pieniądze, trudno przestać myśleć o tym, jak nami rządzą…

Przedostatni dzień w Szkocji

Wkrótce powrót. Dziś trochę chłodniej, co po ostatnich upalach jest miłą zmianą. Na promie będzie wiało, ale tym razem zostawimy sobie i termowelury, i kurtki.

Hebrydy Zewnętrzne są piękne, żałuję y trochę, że zostawiliśmy sobie na nie tylko trzy dni. Ale może jeszcze kiedyś tu wrócimy?

Szkocka pogoda?

Kiedy wyjezdżaliśmy z Polski, byliśmy nieźle zmęczeni upałami i odrobina deszczu na przemian z mgłą wydawała się nam nawet miłą perspektywą. Ale Szkocja to Szkocja, trudno tu coś przewidzieć, poza oceanem, który przypływa i odpływa w porach niezmiennych, i górami, które trwają niewzruszenie od setek tysięcy lat. Są jeszcze owce, też niezawodne, ale sądząc po serwowany wszędzie haggisie, one nie są już tak trwałe.

A zatem wracając do pogody, tym razem nam się nie udało. Od dwóch dni mamy upały, wczoraj zeszliśmy z gór ledwie żywi, a to za sprawą słońca, które jak weszło rankiem, tak zaszło o 11 w nocy… Szkocka pogoda?

Ostrożnie, szkło!

Nadal jestem w stadium ceramicznych eksperymentów. Rzeczy, które wychodzą z pieca nieustannie mnie zaskakują. Zazwyczaj negatywnie, ale czasem zdarza się, że coś po prostu jest fajne. Nasza pracownia w ostatnim czasie miała znaczne niedobory szkliw, w rezultacie używałam szkliw zupełnie nieznanych, które wcześniej nie były używane i dlatego zostały. Powyżej możecie zobaczyć przykład jednego z takich szkliw. Jego cechą charakterystyczną jest to, że powoduje tak zwaną krakelurę. Czyli popękanie. Takie talerzyki oczywiście nie nadają się do produktów spożywczych, mają wyłącznie ozdobny charakter. Ten na przykład ładnie się mieni w słońcu… 🤣

Staruszek na wkrętkę

Wsiadając do wagonu tramwajowego, usłyszałam dzwonek, który wg regulaminu oznacza, że drzwi się zamykają i już wsiadać nie należy, bo można zostać przyciętym. Byłam dumna, że jeszcze zdążyłam, ale gdy spojrzałam na na wpół zamknięte drzwi, zobaczyłam że biegnie do nich jakiś staruszek. Cofnęłam się, żeby zrobić mu miejsce, a wtedy starszy pan wsunął się bokiem przez szparę nie większą od grubości męskiego przedramienia i myk – już był w środku, spoglądając na mnie z takim wyrazem twarzy, jakby chciał powiedzieć: Widzisz, kobieto, tak to się robi. Tak wkręca się do odjeżdżającego tramwaju.

Potem ruszył szparko w stronę jedynego wolnego miejsca, do którego zmierzałam ja i jakaś jeszcze jedna, znacznie bardziej ode mnie leciwa niewiasta, której pewnie w rezultacie bym ustąpiła. W ogóle jako osoba mniej zdeterminowana, a także przekonana, że facet z taką ikrą z pewnością ze mną wygra, zawczasu zwolniłam, podczas gdy starsza pani, nie odrywając wzroku od podłogi, podążała krok po kroku w stronę wolnego miejsca. Gdy już złapała za poręcz upragnionego lokum, na wolne siedzenie opadł triumfalnie staruszek.

Pani podniosła na mnie zdziwiony wzrok, a staruszek jeszcze raz omiótł mnie wzrokiem, który tym razem mówił wyraźnie, że w każdej innej konkurencji  też zamierza ze mną wygrać. Wysiadłam na trzecim przystanku, on pojechał dalej. Znaczy oddałam walkowerem…

W–jak wspólnota

Zaraz po wojnie mieszkaliśmy całkiem niedaleko od siebie. Nawet bardzo blisko, bo my na dole domu, a oni na piątym piętrze. Dom był stary, jeden z nielicznych ocalałych w mieście. Na piątym piętrze była pracownia malarska i mieszkanie pełne światła – u nas w mieszkaniu nigdy go nie było.

Spotykaliśmy się w wejściu, kłanialiśmy się sobie, owszem, ale nic nie wskazywało a to, że nasze losy się zwiążą na zawsze. Mieli dziecko, dziewczynkę, maleńką… Matka wystawiała ją w pracowni w wózku pod oknem; raczej nie dałaby rady znieść wózka z piątego piętra, a co dopiero zanieść go z dzieckiem w środku na górę.

Niedługo tam mieszkaliśmy. Dom przeznaczono do wyburzenia, bo w jego miejscu miał stanąć “dar radzieckiego narodu dla socjalistycznej Polski”, czyli Pałac Kultury. Ludzi z naszego domu porozsadzano jak kwiaty na klombach – wg bardzo sprytnego planu. W każdym nowym miejscu zamieszkania dokładnie zmieszano niepoprawną politycznie inteligencję ze zdrową tkanką narodu, czyli ludem pracującym. Żeby jednak nie było za lekko dodano trochę miejskich dolin społecznych; w naszym domu była to prostytutka, do której, gdy drzwi na klatkę były zamknięte, mężczyźni wchodzili przez okno.

Takie to są korzenie naszej dzisiejszej domowej “wspólnoty”. Co się dziwić, że nie możemy się dogadać?

Ceramiczne korale

Rzadko noszę biżuterię. Nie mam takiego imperatywu. Znam wiele kobiet, które uważają, że kobieta powinna… Moja mama miała naturalną umiejętność noszenia różnych ozdób, mnie jednak natura stworzyła do siermiężności.

Jedyny czas, kiedy pozwalam sobie na biżuteryjną ekstrawagancję to lato. Wtedy nawet lubię założyć coś wesołego pod szyję.

Lubię duże korale, te jednak często bywają ciężkie. Dlatego wypaliłam sobie własne: puste w środku. Ceramiczne korale mają zresztą pewną zaletę: są chłodne.

Honor wikinga

honor wikinga

Jedną z miłych rzeczy różnych rodzinnych uroczystości w naszym domu jest to, że goście wiedzą, co lubimy. W tym roku trafiła nam do rąk whisky, której nie znaliśmy, z Orkadów. Do tego naprawdę znakomita – bardzo gładka, troszkę jakby słodkawa, i o pięknym zapachu. Nie pretenduję do miana znawcy, czy nawet konesera whisky, wiem jednak, jakie gatunki lubię, a jakich nie. Tę zdecydowanie lubię.

Hebrydzkie wampiry

The greatest drawback to one’s comfort are the midges, which in these islands are beyond measure bloodthirsty, and quite as obnoxious as the most carnivorous mosquitoes. Smoking, and all the other arts and devices by which the designs of these tiny pests are usually circumvented, have no effect upon the Hebridean vampires. In the low-grounds especially they make life a burden. But those who have already become acquainted with the Ross-shire midges, and yet have preserved their equanimity, may feel justified in braving the ferocity of the Hebridean hosts.

Kobyłka u płotu…

Stało się. Zabukowani, zapłaceni, nic tylko wsiadać do samolotu i lecieć. Ale to jeszcze półtora miesiąca! Pozostaje na razie czytanie o miejscach, które odwiedzimy.

O klimacie Hebrydów Zewnętrznych, na przykład, jeden z dziewiętnastowiecznych autochtonów powiedział kiedyś, że te wyspy w ogóle nie mają klimatu: mają tylko dziewięć miesięcy zimy i trzy miesiące złej pogody. Można do tego dodać meszki lub silny wiatr (do wyboru, bo wiatr wyklucza meszki) i masz podobno cały obraz sytuacji.

Szkocja 2017

Pewien podróżnik, Anglik, napisał zaś we wspomnieniach, że pogoda tam jest zmienna: dni deszczowe przeplatają się z okazjonalnymi ulewami.

Oj tam, oj tam. Anglicy od wieków pisali o Szkocji źle, więc gdy się czyta stare książki podróżnicze przez nich pisane, Szkocja wydaje się jakimś strasznie ponurym i zapomnianym przez Boga i ludzi miejscem. Nic dziwnego: w XIX wieku przyjeżdżali tam polować na jelenie i ptaki, a miejscowi przewodnicy traktowali ich pewnie o wiele gorzej niż polscy górale ceprów, przepędzając po najtrudniejszych terenach i każąc czołgać się po wrzosowisku bez względu na pogodę. 

Punch In The Highlands.-000152

Tymczasem nasze dotychczasowe doświadczenia nie są złe. Na wyspie Skye mieliśmy zmienną pogodę, ale bywały też dni słoneczne, choć zwykle wiatr wtedy głowę urywał. Wiatr na wrzosowiskach bywa męczący, a w partiach górskich po prostu nie do zniesienia. Z drugiej strony, gdybym miała wybierać między nim a meszkami, to raczej nie miałabym wątpliwości. Obym tylko miała taki wybór…

Ale przecież tę dużą wyspę zaliczaną do Hebrydów Wewnętrznych odgradza od „dzikiej furii” Atlantyku pasmo Hebrydów Zewnętrznych, na które właśnie się wybieramy! Strach się bać…

MrPunch In The Highlands.-000151

Lampa

Skończyłam lampę. Korpus ma ceramiczny, natomiast abażur zrobiłam, scalając szkło znalezione w morzu, tak zwany seaglass, za pomocą lutowania.

Takie witraże są trochę inne niż klasyczne, ponieważ ich szkło jest zazwyczaj matowe (to dzieło kamieni i soli morskiej), a do tego kawałki szkła są zupełnie nieregularne. W rezultacie witraż też jest niekształtny, co jednak mi nie przeszkadza.

Lampka daje miłe światło i zdecydowanie nadaje się do postawienia na nocnym stoliku.

Skald

Skalda wyrzeźbiłam z drewna bukszpanu, na kształt japońskich figurek netsuke. Rzeźbienie w drewnie ma wielką zaletę: co wyrzeźbisz, to masz. Ceramika ma to do siebie, że rzeźbisz, czekasz na wyschnięcie i wypalenie, wypalasz, szkliwisz, a potem czekasz na wypalenie , a wreszcie okazuje się, że coś pękło, albo że szkliwo było złe i wyszło nie tak jak chciałaś. A czasem zdarza się, że jeszcze nic nie poszło do pieca, bo prac jest tak dużo, że twoja musi czekać miesiąc, albo dwa miesiące, aż ktoś wreszcie uzna, że dojrzała do wstawienia do pieca. Dlatego czasami wolę rzeźbić w drewnie, które wymaga tylko ostrych narzędzi i silnych rąk. A te akurat mam pod ręką😂.

Siedmiu samurajów

Po raz kolejny, pewnie tysięczny, oglądamy film „Siedmiu samurajów” . To od dawna jest nasz ulubiony film Kurosawy. Zazwyczaj włączamy go wtedy, gdy okazuje się, że na pewno nie ma nic choć trochę nadającego się do oglądania. A ostatnio jest tak coraz częściej. Nie wiem nie wiem czy to wina naszego wieku czy raczej wina naszego operatora telewizji, czyli UPC. Podejrzewam że i jedno i drugie.

Z ciekawostek: od wczoraj mam nowy telefon, właściwie telefoniczny komputer, albo komputerowy telefon, jak kto woli. Ma 64 GB miejsca i 4 GB pamięci RAM. Syn powiedział, że to prawie jak komputer. Dobrze, że dodał to prawie, bo jego komputer też jest bardzo nowoczesny. No, ale On używa go do pracy, a ja mam po prostu nową zabawkę. Dość potrzebną, bo od pewnego czasu nic nie mogłam zainstalować na moim starym telefonie, za każdym razem pojawiała się informacja, że „ta aplikacja nie jest zoptymalizowana do twojego telefonu”. To takie delikatne powiedzenie: babo, masz stary telefon kup se nowy, a ten oddaj na złom.

To mówiłam ja, wasza Peonia. Dlaczego mówiłam? Dlatego, że to pierwszy wpis, który wykonuję za pomocą aplikacji do dyktowania tekstu, oczywiście zainstalowanej na moim telefonie. Słuchajcie, to naprawdę działa! Potem trzeba już tylko wstawić przecinki i kropki.

Już kiedyś pisałam wam, że syn nazwał mnie optymalnym beta testem. Chyba miał rację.

Porządki emerytki

IMG-PHOTO-ART--1841348245Nareszcie zmusiłam się do gruntownego przejrzenia szaf ubraniowych. Całe życie byłam chomikiem, ale chyba mi powoli przechodzi. Co zaczynam sprzątać, to ubywa co najmniej połowa. A z tego co zostaje noszę przez cały rok 10-20 rzeczy. Więc po co mi cała reszta? Powoli dążę do stanu idealnego – pustych szaf, w których będę się mogła chować, gdy zdziecinnieję do reszty.

Problem w tym, że nienawidzę wyrzucać rzeczy, które nie są zniszczone. Zrobiłam zatem przegląd miejsc, w których można oddawać czyste ubrania używane. Nie myślcie, że to takie proste. Na przykład Caritas wielu rzeczy po prostu nie przyjmuje. A jak nie daj Boże przyniesiesz coś takiego ze sobą, to potem musisz to zabrać. Więc po godzinie przeglądania ciuchów pod okiem odpowiednio przeszkolonego magazyniera możesz się dowiedzieć, na przykład, że połowę tobołków musisz sobie zabrać z powrotem. I masz babo placek: targaj łachy gdzie indziej!

To nie dla mnie; żaden chomik nie zniesie dwukrotnego przeglądania rzeczy, które przeznaczył do oddania, a tym bardziej sugestii, że bluzka, w której chodził jeszcze w zeszłym roku, nie nadaje się dla ubogich, choć jest czysta, nieporwana, niesprana, a jedyną jej wadą było to, że wisiała obok dwóch bardzo do niej podobnych.

Dlatego pozostają mi pojemniki PCK – zdobyłam ich adresy i już wiem, gdzie wyląduje połowa zawartości mojej szafy. Tam nikt nie cenzoruje ubrań, które się wrzuca. Nie wiem, co się z nimi dzieje dalej – i szczerze mówiąc mnie to nie obchodzi. Serce chomika krwawi, więc trzeba to skończyć jak najprędzej.

Spacer po lesie

Wiosna naprawdę zwariowała. W ciągu zaledwie jednego tygodnia rozwinęły się liście wielu gatunków. Tylko dęby jakby zastygły w swoim jesienno-zimowym outficie.

Przeszliśmy dziś jakieś 7,5 km, po naszych ulubionych rzęchach-chęchach. Trochę czułam kolana, po wczorajszym pedałowaniu, ale w sumie było nieźle. Od kiedy wyleczyłam boreliozę jest dobrze…

SAM_0086

Pogoda była cudowna, powyżej 23 st. C, ciepły wiatr, ludzi jak na lekarstwo. Czego więcej chcieć? Może tylko wolałabym nie widzieć tych śmieci, o których pisałam w poprzednim poście. Ale już niedługo trawa podrośnie.

SAM_0129

Zastanawiam się tylko, dlaczego Kampinoskiemu Parkowi Narodowemu nie przeszkadzają te śmieci, które mnie w oczy kolą? Ja rozumiem, że park narodowy to miejsce, w którym przyroda powinna być zachowana w jej naturalnym stanie, ale czy sterty śmieci w rowach melioracyjnych wzdłuż dróg to ten stan naturalny, który należy zachowywać? Tyle razy widziałam samochody Parku na trasie, nawet dzisiaj, ale wyraźnie nikomu poza mną ten syf nie przeszkadza.

SAM_0135

Mój Nikon pojechał do Czech na ostatni przegląd gwarancyjny, więc na razie wróciłam do mojego starego Samsunga. Trzeba na nim wymusić prawidłowe zachowania, nie ma co liczyć na automat. Nie jest to bardzo subtelny aparat, więc zdjęcia są jakie są.

 SAM_0137

Samsung o wiele gorzej radzi sobie z fotografią w pełnym słońcu. Ale nie mam co narzekać… W sumie te rośliny, i te krajobrazy, robiłam już tysiąc razy, różnymi aparatami…

Nagły wybuch wiosny

Sezon rowerowy: 24 km w niezłym tempie. Ale czuję się zmęczona. Może to jednak wina kilku kieliszków Zinfandela wypitych do grillowanego łososia?

A poza tym oszałamiają mnie jaskrawa zielenina za oknem. Wystarczył tydzień, aby świat zmienił się w cudownie zielony bukiet. Forsycje, drzewa owocowe, wszystko kwitnie na potęgę.

Veolia jak zwykle nie umie ustawić parametrów przesyłu ciepłej wody tak, aby w moim mieszkaniu nie waliło pod podłogą sypialni. W ciągu ostatniego tygodnia czułam się jak osoba próbująca zasnąć w rozpędzonym pociągu towarowym. Musiałam przenieść materac z sypialni do drugiego pokoju, żeby w ogóle mieć szansę zasnąć. Szansa była, sen jednak był dość marny. Poza tym uwielbiam wstawać nocą, po ciemku, z podłogi, żeby pójść na siku.

Żeby nie spać na podłodze kupiliśmy dziś rozkładaną sofę. Inwestujemy na potęgę, niedawno lodówka, teraz sofa.

Moja pracownia ceramiczna się zbiesiła i wypala wszystko, co nie ma więcej nić 20 cm wysokości. Moja lampa czeka już 5 tydzień.

Na szczęście drobiazgi się załapują…

DSCN0087

Jeszcze raz się udało

SAM_0208_edited

Wiosna przyszła nagle. Można powiedzieć, że nas zaskoczyła: na dworze upał, a rośliny wciąż w stanie półuśpienia. I dobrze, bo dwa lata temu nagły nawrót zimy wymroził skowronki, a w zeszły roku ściął pączki na drzewach owocowych.

Skowronki już jednak przyleciały i na polach robi się ciekawiej. A w koronach drzew ruch jak na Marszałkowskiej. Wszystkie stworzenia, duże i małe, chcą się na potęgę pokazać z najlepszej strony. Takie małe targowisko próżności.

Sezon rowerowy rozpoczęty: wczoraj 19 km. Przedwczoraj 10 km po polach na piechotę… Trenuję do Szkocji…

Ziomal-suweren jak zwykle przez całą zimę wywoził śmieci do parku narodowego. Póki był śnieg to jakoś nie było widać aż tak bardzo. Teraz cały syf, czyli ślad ziomala na ciele matki natury, wyszedł w nadmiarze. Dobra matka jednak zrobi pewnie wszystko, by przykryć i zatuszować ludzką głupotę trawą, mchem, liśćmi. Aż do zimy spod krzewów wyglądać będą tylko te najnowsze, najświeższe śmieci: butelki, plastiki, kineskopy telewizyjne. A zimą znów wszystko przykryje śnieg. Głupota ziomala zostanie wszakże równie niezmienna jak ten cykl przyrody.

Zły dzień

Zawsze, kiedy nic mi się nie udaje, mówię sobie, że mam zły dzień. Niby wygodna forma usprawiedliwiania wszystkiego, zarówno siebie jak i okoliczności niezależnych.

I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie zastanawiający fakt, że od miesiąca mówię sobie tak codziennie. Czyli każdy dzień zły? A może jednak ze mną coś nie tak?

01 (8)

Nie dziel skóry na niedźwiedziu

Powiadają, że dał początek temu przysłowiu chłop strzelec, który na Polesiu, gdzie jest niedźwiedzi najwięcej, był dobrym strzelcem, a jeszcze lepszym pijakiem. Ten u żyda arendarza napiwszy się, zapłacić nie chciał, tylko skórę mu z niedźwiedzia obiecywał.
Na ostatek, gdy żyd nie odpuszczał swojego, powiedział:

– Ja skóry niedźwiedzie w lesie chowam, przyjedź sobie po nią.

Nie miał jednak żadnej skóry, tylko o pewnym żywym jeszcze niedźwiedziu myślał, bo jego legowisko znał i chciał z karczmarza zakpić.
Żyd wlazł na wóz i dawaj, macha, żeby chłop na wóz wsiadał, bo po tę skórę trzeba pojechać.  1000px002960

W pewnym miejscu kazał mu strzelec stanąć, a sam opatrzył dobrze strzelbę. Wtem wychodzi na nich niedźwiedź ogromnej wielkości. Chłop mierzy z fuzji i strzela, chybiając. 

Zwierz rozdrażniony począł strzelca łapami tarmosić. Przerażony, a bezbronny arendarz ze strachu się pod wóz schował. Tymczasem strzelec wstrzymał oddech, trupa udając. Niedźwiedź zaś to odchodzi, to znów wraca, nosem koło uszu chłopa wodzi, sprawdzając, czy chłop dycha co zwykle niedźwiedzie czynią, by sprawdzić, czy jego ofiara jeszcze żyje.

Nareszcie mniemając, że już nieżywa, niedźwiedź w las pobiegł, bo (jak powiadają) zwierz ten padliny ludzkiej nie ruszają.

Po dłuższej chwili poturbowany strzelec woła na arendarza, żeby go poratował. Żyd przyjrzał się chłopu, za głowę złapał i po ludzi pobiegł, którzy strzelca na pół żywego na wóz włożyli i do domu odwieźli.

W drodze zaś zaciekawiony żyd strzelca zapytał:

– Bracie Iwanie, a cóż wam ten niedźwiedź tak do uszu szeptał? 

– Oto – odrzekł strzelec zawstydzony – żebym już nigdy więcej skóry na żywym niedźwiedziu nie dzielił.

W tym samym znaczeniu używa się też innych przysłów:


Jeszcze skóra na baranie, a już rzeźnik pije na nie.

Niedźwiedź w lesie, a ty skórę jego sprzedajesz.


Ptacy jeszcze w lesie, a on już rożenki struże.

Lubię…

Lubię, gdy moje domowe roślinki odwdzięczają się uśmiechem za serce, które wkładam w ich pielęgnację. Ten kaktus to rodzinny spadek, przeszedł niejedno zanim trafił w moje ręce. Ja też go nie rozpieszczałam, ale jednak od czasu do czasu go podlewam. Nie dałam mu jeszcze imienia, choć zwykle moje kwiaty jakoś  nazywam. I nagle Bezimienny zakwitł tak ładnie.

DSCN0080

Pan bezimienny

Czarny piątek

czarna-wstazkaMogłoby się wydawać, że emerytkę to już nie powinno obchodzić. Co mnie tam do ciąży i aborcji. Choćbym chciała, to ani jedno, ani drugie mi nie grozi. A jednak trudno mi być obojętną… Może dlatego, że wybiegam myślą w przyszłość i widzę – ciemność.

Opisałam kiedyś losy mojej koleżanki, praktykującej katoliczki, która urodziła dziecko ogromnie zdeformowane, a jednak zdolne do życia – czy raczej do wegetowania. Bo nie jest najgorsze to, że bardzo kaleki noworodek szybko umiera. Najgorsze jest to, że niektóre z takich bardzo kalekich dzieci żyją długo. Żyją z małomózgowiem, ślepe, niezdolne usiąść, niedolne jeść samodzielnie, cierpiące z powodu odleżyn, kurczów mięśni. Również takie dzieci będą teraz rodziły kobiety, którym odmówi się prawa do aborcji.

Moja koleżanka nie oddała dziecka, choć zaraz po porodzie oferowano jej taką możliwość. Za to chciała wraz z nim wyskoczyć z trzeciego piętra szpitala. Kiedy jednak wyszła do domu, wzięła się w garść i opiekowała się tym dzieckiem najlepiej jak umiała. Do 14 roku życia. Pamiętam, jak drobna, zmęczona, zaplątana w setki rurek i cewników, masowała, karmiła przez rurkę, myła, przenosiła – wszystko sama, bo mąż się wyprowadził, gdy tylko się okazało, że dziecko jest tak głęboko upośledzone. Gdy chłopiec umarł, była smutna. Spróbuj nie kochać istoty, z którą jesteś tak mocno złączona przez 14 lat, 24/7. Ale żyć zaczęła dopiero wtedy, gdy odszedł. Gdyby nie umarł, ona miałaby teraz tyle lat co ja, a jej bezwładny, kaleki syn 35.

Moja koleżanka była heroiczna. Nie popełniła samobójstwa, nie zabiła dziecka, zrobiła wszystko, aby je zachować przy życiu. Była silna i zdeterminowana. Ale nie wszystkie kobiety są tak silne jak ona. Ile nieszczęść i tragedii przyniesie ta zaostrzona ustawa? A do tego, ile par nie zdecyduje się na dziecko, ile kobiet nigdy nie podejmie ryzyka zajścia w ciążę?

 

 

K: Komputer

Pewnie mi nie uwierzycie, ale jestem rodzinnym guru do spraw komputerów. Niby że znam się na nich jak nikt inny (w rodzinie). Co jakiś czas ktoś do mnie dzwoni z prośbą lub labiedzeniem:

– Wiesz, Peonio, otwiera mi się takie okienko, ale boję się kliknąć…

– Wiesz, Peonio, gdzie się znajduje pliki…

– Nie wiesz czasem, Peonio, co to znaczy, że wyświetla mi się…

Jasne, jestem weteranem komputerowym – pierwszy raz usiadłam do komputera jeszcze w 1983 roku. W Stanach. To było przeżycie! Mój opiekun naukowy powiedział: Musisz mi uwierzyć, Peonio, komputery nie wybuchają. I uwierzyłam mu! Dlatego być może dziś jestem tym cholernym rodzinnym guru…

a0010190

Woman at work (1984)

Rodzina

Rodzina ojca nie była duża, ale dostojna. Jego matka była raczej romantyczną naturą, wcześnie skazaną na wdowieństwo, a do tego nosząca w sercu żal do swej matki, która zabroniła jej wyjść za mąż za jedynego człowieka, którego kochała. Historia jest romantyczna, ale długa, więc dziś tylko wspominam.

Meyer0

Patrzę na to stare zdjęcie (circa 1902) i zastanawiam się, jakie to emocje kazały pociąć je w taki fantazyjny sposób. Kogo na nim już nie ma i dlaczego? Od razu widzę, że brakuje stryjka, ale nie sądzę, żeby to była idea przewodnia tej fotograficznej rzezi. Wyraźnie ucięto kogoś po lewie i kogoś po prawek, na werandzie. Cóż, mogę tylko powiedzieć, że szkoda…

A na zdjęciu prócz ojca (to ten mały gimnazjalista) jest oczywiście moja babcia, ciotka Janka (do której podobno byłam w młodości bardzo podobna); dwie bliźniaczki (Eugenia i Zosia) też są mymi ciotkami, jedną nawet znałam osobiście. Trochę to dziwne, gdy emerytka patrzy na swoje młodociane ciotki. Fotografia to naprawdę cudowny wynalazek.

Moje miasto

243_4342

Ze światła poczęte
Moje miasto
Z deszczu wyżęte
Moje miasto
Ze światła poczęte
Moje miasto
Z deszczu wyżęte
Moje miasto

   Z puzzli, domów, samochodów i wind
Mieszkańców, mętów, przekrętów
Psów, sklepów, dyskotek i kin
Szpitali, cmentarzy i gliniarzy
Bazarów, browarów i kiosków
Hipermarketów, gadżetów
Pseudofacetów i superkobitek
Moje miasto przestrzeni rozbitek

(piosenka Marii Peszek)

Czajniczek

DSCN9983

DSCN9986

Z czajniczkiem był kłopot: gdy go odebrałam, był popękany. Ale się nie rozpadł. Mogłam go wyrzucić, ale zrobiło mi się go żal: ma zawadiacko zadarty nosek, śmieszną czapeczkę i pękaty brzuszek, jednym słowem jest sympatyczny. Postanowiłam go skleić i potraktować jako rzeźbę. I tak przybyła mi kolejna nieużyteczna rzecz, którą lubię…

Londyńskie strachy będą w handlu

Mam wieści. Okazało się, że gra Redi Games, firmy, w której pracuje mój zdolny syn, miała świetne wejście i w ciągu 34 godzin zebrała całą sumę (36 tysięcy) potrzebną do uruchomienia produkcji gry. Zbiórka trwa nadal, w trzeciej dobie, mają już 44 tysiące, a oni już stawiają sobie nowe cele. Młodość to piękna część życia – jest po co patrzeć w przyszłość. Thumbs up

Wiersz

Umarła Poetka nie postawiła kropki za zdaniem i litery rozsypały się w bezładzie jak czarne koraliki z Jablonexu. Wyzbierała je poślinionym palcem. „Kiedyś babcia tak zbierała okruchy chleba, i paproszki na dywanie, i białe nitki na czarnej, żałobnej garsonce” – pomyślała Mała Lunatyczka.

Umarła Poetka zsypała wszystkie literki do popielniczki, po czym zaczęła je rozgarniać zapałką, próbując znaleźć jakiś sens tej bezładnej zbieraniny.

– Mówiłam, mówiłam ci, że wiersz musi mieć znaki przystankowe, bez tego wszystko się rozłazi, rozsypuje. Nie dla mnie te nowinki. Niech młodzi piszą wiersze bez kropek i przecinków.

– Nie, z tego już nic się nie ułoży – gderała. – Kolejny wiersz do wyrzucenia.

– Może by je wysiać – podsunęła Mała Lunatyczka, zaglądając Poetce przez ramię. – Te drobiny przypominają ziarenka maku – dodała i spojrzała na Umarłą Poetkę z nadzieją.

– Może wyrośnie z nich jakiś poemat? Albo Czarna Elegia? Albo, albo…

– Prędzej jakaś bezsensowna wyliczanka – burknęła Umarła Poetka, ale pomysł jej się spodobał. Wysypała literki na dłoń, wychyliła się z okna pokoju i rozsypała je na wietrze. Przez chwilę unosiły się w powietrzu, a potem zmieniły w ptaki i odleciały.

– Sama widzisz, że wiersze bez znaków interpunkcyjnych są zupełnie nieodpowiedzialne.

A Mała Lunatyczka smutno pokiwała głową, bo właśnie uświadomiła sobie, że nawet nie wie, o czym ten wiersz był. Miała jednak niejasne podejrzenie, że może o ptakach…

Z dzienniczka Małej Lunatyczki, 2009

„PENNY DREADFUN: Duchy, Demony, Dickensy – Trailer” w YouTube

Kochani. Obiecałam Wam, czy raczej Was ostrzegłam, że będę publikować reklamy gry mojego syna. Oto trailer, który otwiera kampanię. Jeśli lubicie gry bez prądu, reklamujcie tę wśród znajomych. Podobno jest zabawna… Kampania będzie trwać 30 dni – cel i opis TUTAJ: https://wspieram.to/PennyDreadfun

Z pierwszej recenzji gry przytaczam fragment:

„Obok świetnych grafik najmocniejszym punktem Penny Dreadfun są teksty na kartach; lektura opisów zdarzeń i przedmiotów powodowała u graczy wybuchy niepohamowanej wesołości. Prawie każdy element gry w niegłupi sposób nawiązuje do literatury bądź historii XIX wieku oraz do współczesnej popkultury. Jest to jedna z lepiej napisanych gier, w jakie grałem.”

TU „Early Bird”: https://wspieram.to/PennyDreadfun/za/159

1894: Nowy Jork–pomnik Kolumba

Artykuł z National Geographic z września 1894 roku. Wybaczcie, że nie tłumaczę, chodzi tu raczej o uświadomienie sobie zmian, jakie od tamtego czasu zaszły. Choć nawet i tu autorzy wspominają, że Nowy Jork właściwie wygląda inaczej, bo ta Ósma Ulica to prawdziwa oaza spokoju. Jak to jest dziś, łatwo sprawdzić w sieci. Miłej zabawy!

Zdjęcie w domenie publicznej.

THE EIGHTH AVENUE PLAZA AT THE ENTRANCE TO CENTRAL PARK

Some weeks ago we presented our readers with a characteristic scene on lower Broadway, in this city. It was a reproduction of a photograph taken during a fire, and showed the great thoroughfare with the traffic in part suspended, while the fire engines were stationed on it. We now show another view in New York. The reader must transport himself some four miles to the north and west of the former place, to the plaza at the corner of 8th Avenue and 59th Street. Here the southwestern entrance of Central Park is situated ; from the plaza the continuation of 8th Avenue, Central Park West as it is called, extends to the Harlem River, while to its west the Boulevard opens, and extends in an irregular course to the north.
In the foreground of the cut is seen the rostral column erected by the Italian residents of the United States in honor of Columbus.

Central park

The beautiful granite column, with projecting bows of galleys and anchors to mark it as a naval trophy, has on its base bronze reliefs of the scenes of Columbus’ life. Above one of the bronzes is a marble group of a winged youth or genius with a globe, symbolizing the discoverer’s faith in his work, while the noble figure cut from Carrara marble, and representing the great discoverer, overlooks from its summit the metropolis of the land which he found.
The view shown is that of one looking uptown to the north and west. On the right appears Central Park, the city’s great pleasure ground, a region which is within the memory of many New Yorkers as a dismal wilderness of rocks and shanties ; but which now is one of the most beautiful of pleasure grounds, and what is more to the purpose, one which is thoroughly utilized by the citizens. Along the Park runs the continuation of Eighth Avenue or Central Park West, from whose western side many stately buildings look down upon the foliage and lawns of the great pleasure ground. Running a little more to the west, in a slight diagonal from Central Park, is seen the Boulevard, the successor of the old Bloomingdale Road. This impressive street is very wide, providing two parallel roads. Much of its surface is now paved with asphalt, and through its center runs a series of grass plats, with a double row of elms therein. Along the sides are two other rows of elms, the four series of trees shading and marking the course of a picturesque and unique roadway. It runs through one of the most beautiful residential portions of the city, a region comprising the Riverside Drive and the streets contiguous to it. Many of the streets are paved with asphalt, and they are characterized by one of the most varied and picturesque arrays of dwelling houses that have ever been erected in New York. In this region the architect has departed from the old brown stone front of the packing box type, and has produced street after street of really beautiful and picturesque city dwellings. In this district, to the west of the Boulevard, is Riverside Drive, winding along the banks of the Hudson River many feet above its waters. To its east, far uptown, is beautiful Morningside Park, overlooking the plaint of Harlem. These are among the most picturesque features of the city. On the high ground to the east of the Boulevard, above 110th Street, and between the Boulevard and Morningside Park, is the site for the new Columbia College and other institutions, and for the new Episcopalian cathedral.
It is the gateway to this characteristic region that is guarded by the beautiful Columbus monument erected on occasion of the quadri-centennial of the discovery of America.

SKORO NIE MOGŁAM MIEĆ WSZYSTKIEGO

Skoro nie mogłam mieć Wszystkiego —
Nie dbałam o brak mniejszych Rzeczy.
Jeśli nie zaszło nic większego
Niż Rozpad Słońca — Ostateczny
Kataklizm Globu — nic nie było
Tak wielkie — abym — na wieść o tym —
Podniosła z Ciekawości Czoło
Sponad Roboty.

Emily Dickinson w przekładzie Stanislawa Barańczaka

Na sztos…

Miałam kiedyś, jakieś 6 lat temu, prawdziwe szczęście: spotkałam aż trzech patriotów na raz. Patrioci siedzieli na schodkach sklepu Całodobowego i kołysząc się w takt silnika samochodu dostawczego, rozmawiali o patriotyzmie, a także omawiali bieżące sukcesy polskiej reprezentacji piłkarskiej. Prym wiódł niewysoki mężczyzna z czterodniowym co najmniej zarostem i szklistym wzrokiem.
Kiedy próbowałam wejść do sklepu, złapał mnie za łydkę, spojrzał pełnymi łez oczami w górę i ciemnym sznaps-barytonem z czkawką powiedział z mocą:
– My jesteśmy pa, patriotami, psze pani. Prawdziwymi po, Polakami. Nam żadna po, policja tego nie zabroni. Patriotami jesteśmy!
I zaczął nucić Pierwszą Brygadę.
Z trudem oswobodziłam nogę i próbowałam pogłębić dyskusję:
– A co to znaczy być patriotą, proszę pana? Co patriotycznego pan tu robi? Czy to siedzenie na schodkach to patriotyzm?
– Pa, patriotyzm, właśnie. Ruscy jak Polskę najechali, to nawet takie starsze paniusie jak pani g, gwałcili! Nie przebierali! A my pani nie damy zgwałcić! Obronimy panią, w, własną pie, piersią! Ot co!
– Ale zabory już się skończyły, i wojna też! O ile wiem, nie spodziewamy się najazdu Rosji w najbliższym czasie – powiedziałam, zręcznie przechodząc nad śpiącym kawałkiem ciała drugiego patrioty.
– A o EUUURO pani nie słyszała? O meczu pani nie słyszała? A o przemarszu ruskich ki, kiboli pani nie słyszała? No to my też będziemy maszerować – w przeciwnym kierunku! Jak prawdziwi pa, patrioci – psze pani. Obronimy panią i inne kobity, przed tymi… najeź..cami…
Reszta wypowiedzi patrioty utonęła za jego pazuchą, gdzie zaczął nagle czegoś nerwowo szukać, po czym triumfalnie wyciągnął zza wielowarstwowej czeluści swego rozchełstanego odzienia napoczętą butelkę brzoskwiniówki. Spojrzał na nią miłośnie, potem schylił się, zabawnie balansując ciałem w celu uniknięcia upadku na głowę, i potrząsnął dwoma pozostałymi patriotami.
– Nie damy zgwałcić tej pani, co, chłopaki?
Powołani do życia patrioci z ociąganiem oderwali głowy od ściany Całodobowego, a jeden nawet otworzył oczy i patrząc na mnie, spytał Naczelnika z niedowierzaniem:
– Gwałcić? Tę panią? Coś ci się w głowie pojeb…, Pikulec…

[Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, 2012]

1894

To rok o wielkim znaczeniu dla mojej skromnej osoby: w tym roku, 10 września, jakieś pół roku po śmierci swojego ojca, urodził się mój tatko

Był to też rok obfitujący w wydarzenia równie, a może nawet bardziej brzemienne. Ale również takie, które przyszły prawie niezauważone…

1888._Семья_императора_Александра_IIINa przykład Aleksander III Romanow, tytularny władca Polski, oddał ducha dwa miesiące po przyjściu na świat mojego taty, a jego miejsce zajął Mikołaj II Romanow, ten sam, którego 16 lipca 1918 roku zamordowano wraz z żoną, czterema córkami i synem, a także skromną świtą, która towarzyszyła im po abdykacji i uwięzieniu.


Car Aleksander III z synem Mikołajem II (stoi) i resztą rodziny

Dziwne to były czasy. W maju 1896 roku, a więc kiedy mój ojciec miał niecałe 2 lata, Mikołaj II postanowił się koronować z pompą należną carowi. No i ogłoszono biedocie wszelkiej, że kto na koronację przyjdzie, to darmo jeść dostanie. Tłum, circa pół miliona ludzi, czekał nockę całą,  a gdy słońce wzeszło, ruszył na stragany. W powstałym tumulcie i późniejszej panice zginęło 1389 osób, drugie tyle doznało poważnych uszkodzeń. Nie przeszkodziło to wszakże Mikołajowi II Romanowowi się ukoronować. Inna rzecz, że Internetu wtedy nie było i o tym tragicznym wydarzeniu wiedzieli w sumie nieliczni, więc koronacja była ze wszech miar udana.

Tatko pięknym mężczyzną był (2)

Image2_editedTatko w środku (circa 1897), obok brat i siostra


Kiedy się dziś obudziłam, doznałam pewnego olśnienia. Pomyślałam, że nareszcie znalazłam sposób na to, jak wam przedstawić mego ojca, który – jak powiedziano – pięknym mężczyzną był. A do tego – co może jeszcze ważniejsze od urody – miał życie tak bogate, że pewnie starczyłoby go na dwóch, może trzech ludzi, spokojniejszych i żyjących w innych czasach.

Otóż wymyśliłam, że nie da się opisać życia człowieka, czy raczej wyimków z życia człowieka, bez pokazania, co wtedy działo się na świecie. Dla wielu ludzi koniec XIX wieku (czyli czas, kiedy mój ojciec się urodził) to okres prawie tak odległy jak epoka faraonów.

Dlatego zanim pociągnę wspomnienia zamieszczę tu kilka postów z opisem czasów, które go ukształtowały. A potem, potem pójdzie już jak z płatka…

Mam nadzieję, że ten pomysł Wam się spodoba…

Achuar i Huaorani

W głębi lasu deszczowego Amazonii Indianie Achuar i Huaorani gromadzą się, aby odbyć swój codzienny rytuał. Każdego ranka wszyscy członkowie plemienia budzą się przed świtem i zgromadziwszy w oczekiwaniu na to, by świat eksplodował światłem, dzielą się marzeniami sennymi.
Nie chodzi tu bynajmniej o zwykłe uprzyjemnienie sobie czasu czy okazję do pogawędki: według tych społeczności sen nie należy do śniącego, ale do całej grupy, a osoba śniąca go jest zaledwie naczyniem, które wybiera sen, aby się rozmówić z całym plemieniem.
Plemiona te uważają marzenia senne za mapę na czas czuwania. To zapowiedź tego, co się zbliża do nich wszystkich. W marzeniach łączą się ze swymi przodkami i resztą Wszechświata. Sen jest tym, co realne. Życie na jawie jest zaledwie ułudą.


Jeśli mają rację, to możecie mnie nazywać awanturnicą. Moje sny od pewnego czasu są pełne dzikich, szalonych przygód, mrożących krew w żyłach i zwykle kończących się totalnym zasupłaniem mojej osoby w jakieś niemożliwe do rozwiązania konflikty. najprostszy z nich to jazda pod prąd zatłoczoną autostradą…
Dawniej sypiałam lepiej – jeśli mi się coś śniło, to po przebudzeniu tego nie pamiętałam. Wiedziałam tylko, że mi się COŚ śniło. Teraz zazwyczaj wiem, że śniło mi się COŚ NIEMIŁEGO. Ciekawe, czy to już kwestia wieku?
Czy synapsy moich komórek nerwowych (wszystkich dwóch, jak mawiają przyjaciele) w mózgu stały się na starość bardziej podatne na przypadkowe sygnały i próbują je przetworzyć w coś, co da się opisać? Czy mózg jest jak archiwista, który zbiera bity informacji i próbuje z nich wykombinować jakąś historię, którą potem próbuje mi przekazać?

I czy to jego rekonstrukcja jest błędna, czy może mój odbiornik błędnie interpretuje te zero-jedynkowe przekazy?
I wreszcie, może w tych snach naprawdę jest coś więcej niż tylko szum informacyjny, który mózg, nawykły do kombinowania, próbuje przetworzyć w coś dla siebie strawnego?

Wiadomo przecież, że mózg działa w ten sposób – dlaczego na księżycu widzimy twarz? Bo te wzory, które tworzą tamtejsze formacje geologiczne coś mózgowi przypominają, coś, do czego oglądania nawykł. Ciekawe, czy gdyby pokazać Księżyc człowiekowi, który nigdy nie oglądał twarzy innego człowieka, to ten człowiek też by widział na jego powierzchni jakieś oblicze?

IMG-PHOTO-ART--993818078

O: Odboje

Mało kto z młodych wie, do czego służyły te dziwne żeliwne krasnale, kule czy zdobione pagórki ustawiane w bramach starych domów. Dziś już nie spełniają swojej roli, bo właściciele samochodów bardzo uważają, by nie zadrapać karoserii. Kiedyś jednak, gdy do kamienic dowożono węgiel i kartofle, a także inne dobra doczesne, szerokimi wozami czy platformami zaprzężonymi w konie, ściany bram były w sporym niebezpieczeństwie. Dlatego właśnie mocowano w nich ciężkie metalowe lub – czasami kamienne – odboje; nakierowywały one wozy na właściwy tor, tor nie kolidujący z narożnikami i ścianami.

F0068-143
Stary odbój (Warszawa)

Dziś te piękne detale starego budownictwa cieszą tylko psy wychodzące na spacer i miejscowych złomiarzy. Często zdarza się, że odnowiona kamienica nie ma już odbojów. Domyślam się, że za 20-30 lat nie będzie już żadnych, poza tymi, które miejscowi ‚kolekcjonerzy” zaciągnęli ciemną nocką na swą chawirę i z jakiegoś powodu nie oddali do skupu złomu.

Stara Warszawa odchodzi szybciej niż bym tego pragnęła. Władze miasta oddają deweloperom zabytkowe domy „do remontu”, a ci je „niechcący” wyburzają i mówią: „niestety, się zburzyło”.

 

Przypomina mi to los kamienicy mojego stryja zaraz po wojnie. Pięknej kamienicy, która jakimś cudem przetrwała wojnę. Domy obok niej legły w gruzach, a ona nie. Ale to nie pasowało właścicielowi firmy rozbiórkowej, więc wyburzając resztki ruiny obok kamienicy stryja, walnął „niechcący” kulą do wyburzania w podstawę tejże, a potem zgłosił miastu, że dom nie nadaje się do zamieszkania. No to go wyburzyli, ten przeżytek historyczny i już… I postawili na nim socrealistyczne cudeńko, do którego stryj już praw żadnych nie miał. Za jednym zamachem spacyfikowano kamienicznika i usunięto niechciany dowód, że były w przedwojennej Warszawie miejsca piękne i zadbane. Jeśli nie wszędzie, to w każdym razie tam, gdzie dbali o to właściciele.

Na marginesie

Muszę was prosić o wybaczenie, bo może się zdarzyć, że na blogu pojawią się stare wpisy, trochę zmodyfikowane i w nowej oprawie graficznej. Po prostu przygotowuję kolejny tom mojej bazgraniny na pamiątkę dla potomnych (a właściwie zstępnych) i zauważyłam, że najlepiej mi to wychodzi, gdy piszę tekst z zamysłem zamieszczenia go na blogu. Po prostu jakoś łatwiej mi się zmobilizować.

Nie znaczy to, że wszystkie wpisy to jakieś otrzepane z kurzu starocie, o nie… Ale kilka otrzepię, albo dlatego, że je lubię, albo dlatego, że moim zdaniem mają wartość dokumentalną. Mam nadzieję, że mi wybaczycie. Ze swej strony obiecuję, że każdy stary-nowy wpis nieco unowocześnię i jeśli będę miała pomysł na grafikę, to ozdobię…

Na przykład banerami z moich starych blogów, jak ten powyżej. Fotoptikon, kiedy to było? 10, 12 lat temu?

 

 

 

K: Klamki

Klamki to był cały poemat mojego dzieciństwa. Klamki w moim domu rodzinnym były mosiężne, z dziurką u nasady, w którą trzeba było włożyć gwoździk, żeby rączka nie zsuwała się z bolca i nie spadała.

Ale mama była sama, tata był chory, w szpitalu, a potem umarł. Więc kto miał te klamki naprawiać? Ciągle wypadały, z hukiem lądując na podłodze lub na mojej stopie. A., mój brat, miał też klamkę zwaną “złodziejką”. To była taka specjalna klamka, która można było włożyć w każdy zamek – jeśli był pozbawiony klamki. Nie sądzę, by brat używał tej złodziejki do niecnych czynów. Ale szpanem było złodziejkę mieć.

Klamki polskie to było coś, co umykało uwadze reżyserów amerykańskich filmów o Polsce. W tamtych odległych czasach nikt nie zwracał uwagi na takie różnice. Po kształcie klamki i zamknięcia okna, a także “pstryczki elektryczki” można było łatwo rozpoznać, gdzie taki “polski film” był kręcony. Kiedyś widziałam film o wojnie w Warszawie, gdzie w oknach były typowe amerykańskie szyby, a na ścianach podobne włączniki. Pewnie dziś, w dobie Internetu, gdy takie informacje można łatwo zdobyć, podobnych błędów jest coraz mniej. A poza tym wszystko się globalizuje, ujednolica i upodabnia. Nie jestem pewna, czy to lubię…

Zabawa w kolory

Nie jestem fanką kolorowania fotografii, ale czasem efekty mnie zaskakują. Mam nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł kolorowania filmów Kurosawy, bo wtedy to już mi zostanie tylko się pochlastać…

Ale… Ostatnio napisał do mnie syn z prośbą o podesłanie starych rodzinnych fotek mono, aby jego kolega mógł poćwiczyć kolorowanie fotografii. Trochę się tego obawiałam – wiecie, że jestem wielbicielką fotografii monochromatycznej. Obawiałam się, że fotki wyjdą jak nówki z cyfrówki, ale muszę przyznać, że już pierwsza dostarczyła mi wiele radości. Czekam na więcej…

polowanie

To jedna z fotografii, o których wspomniałam we wpisie o Trudnych wyborach. Ta miała szczęście, że zachowała się w postaci papierowej. Jest na niej mój ojciec (pierwszy z lewej) i młodzi ziemianie z okolic Płońska. Tata ma jakieś 16-17 lat, więc jest to około 1910-1911 roku.

Fotografia była oczywiście sepiowa.

Zabawne, że te fuzje, które mają, to chyba bardziej na lwy i niedźwiedzie niż na zające i lisy… Ale prawdziwy myśliwy zawsze jest gotów na to, że wyskoczy na niego lew, niedźwiedź albo słoń… Smile

Maksymilian Strasz (1804–1870)

Sposób przenoszenia na papier przedmiotów za pomocą kamery obskury przez wpływ samego światła

“Aby zebrać kamerą obskurą przedmioty za pomocą wpływów światła, bierze się na ten cel cienki papier listowy, równy, ścisły, ten macza się w wodzie, w której jest rozpuszczona sól morska w małej ilości, po wyschnięciu wyciera się tak, aby sól na powierzchni była równo rozprowadzona. Następnie macza się tenże papier z jednej strony tylko w wodzie nasyconej saletrzanem srebra, którego dobiera się 1/6 lub 1/7 części na wagę do wody. Po wysuszeniu papieru przy ogniu, należy go strzec od wpływu słonecznego światła, aby nie sczerniał. Potem można go użyć do kamery obskury (…).

Po wyjęciu papieru z kamery obskury trzeba natychmiast dla utrwalenia wyobrażenia przedmiotów na nim wyrażonych, umaczać go w wodzie nasyconej mocno zwyczajną solą kuchenną, lub w małej bardzo ilości jodkiem potasu, w pierwszym razie kolor będzie fioletowy, w drugim żółtawy. Przekonawszy się własnym doświadczeniem z jaką dokładnością przedmioty sposobem dopiero opisanym mogą być na papier przenoszone, komunikuję lubownikom sztuk pięknych ten pana Talbota Anglika wynalazek, który zasługuje na dalsze badania, dopóki odkrycie pana Daguerre’a ogłoszonem nie zostanie.”

Wiosna Sasanki

Tego wieczoru Sasanka zapomniała zamknąć okno i w środku nocy obudził ja dziwny świst. Udała, że nie słyszy, ale świst się powtórzył. I znowu. Po chwili noc za oknem rozświstała się na dobre. “Mam spać, mam spać, idę do pracy, wstaje rano”, powtarzała sobie, przewracając się zboku na bok. W końcu zła otworzyła oczy. Chwilę leżała, wsłuchując się w zaokienne świsty, po czym usiadła na brzegu łóżka.
– Takie świszczące świstanie nie świszcze bez powodu – sparafrazowała Kubusia Puchatka i rozejrzała się za kapciami.
Dorosłość przychodziła Sasance z trudem. Podobnie jak wcześniej dzieciństwo. A teraz poszukiwanie kapci na zastawionej pudełkami podłodze.
– Powinnam to powyrzucać. W dobie Internetu przechowywanie wycinków z gazet i starych notatek to anachronizm – skonstatowała dorośle.
Rozbudzone stopy nareszcie odnalazły drogę do kapci i Sasanka ruszyła w stronę okna. Małe rozmiary pokoju sprawiały, że droga ta wynosiła mniej więcej dwa metry. W rezultacie Sasanka załapała się na ostatnie świśnięcie. I dobrze, bo w przeciwnym wypadku ominęłoby ją niezwykłe widowisko.
Sasanka otworzyła okno szerzej i wyjrzała. Głęboką czerń nocy rozświetliła nagle spora kropla światła, która ze świstem zbliżała się do okna pokoju Sasanki. Ciepły blask kropli i jej miękki kształt miały magnetyczne, hipnotyzujące działanie, dlatego Sasanka zastygła w bezruchu, zamiast uchylić się przed nadlatującym niebezpieczeństwem.
– Plask – kropla światła rozpłaszczyła się na twarzy Sasanki po czym zaczęła powoli ściekać ma szyję, piersi, brzuch, napełniając je nieznanym ciepłem. Zjawisko było tak sugestywne, że dziewczyna sięgnęła odruchowo do twarzy, przekonana, że dotknie czegoś w rodzaju miękkiej stearyny. Ale ciepło wniknęło całe do wnętrza, rozlewało się falą po całym ciele Sasanki, wybuchając czerwienią na policzkach i nowym blaskiem w oczach. Zerknęła w szybę – wydała się sobie ładniejsza niż kiedykolwiek. Odruchowo obciągnęła zmarszczoną piżamę.
– Ta dorosłość ciągle mnie zaskakuje. Niby co to mialo być? Zwiastowanie? A może nawiedził mnie sam Zeus i jutro powiję greckiego herosa? Pierduły – szepnęła do siebie cicho, bo nic jej tak nie denerwowało jak zjawiska, których nie umiała wyjaśnić za pomocą rozumu. A od pewnego czasu miała wrażenie, że jest w ich epicentrum.

Postach.io

Syn mówi, że jestem optymalnym beta testerem. Po prostu lubię testować różne nowinki. Mam to po tatusiu…

Pomyślałam, że napiszę coś na temat tej platformy blogowej, bo podejrzewam, że jest mało znana. Jej działanie jest zupełnie odmienne od WordPressa czy Bloggera ponieważ ściśle współdziała z notatnikiem Evernote. Jeśli zatem chcesz publikować na postach.io, musisz mieć konto Evernote.

Przykładowy post z mojego notatnika: http://albumpanipeonii.postach.io/post/fotoksiazki

Procedura jest prosta: zakładasz konto na postach.io (na Evernote już masz), a potem to już łatwo, bo każdy wpis na Evernote, który otagujesz “published” pojawi się na twoim nowym blogu.

Trzeba oczywiście pamiętać, by tagować tak własne posty, a nie te, które wycięliśmy sobie do Evernote z czyjejś strony.

Zapytacie, jaka korzyść z takiego bloga, skoro można przeciez pisać na WordPressie. Korzyści jest kilka: masz kopię swych postów w Evernote, a więc ich nie stracisz nawet wtedy, gdy zlikwidujesz blog na postach.io. Co więcej nie wyświetlają ci się tam żadne nachalne reklamy, co niestety na wordpressie od kilku lat jest zjawiskiem normalnym (chyba że będziesz bulił po ok. 200 zł miesięcznie).

Duchy, Demony itp w wiktoriańskim Londynie

Moi synowie mają bardzo wiele do czynienia ze światem cyfrowym. Jeden miał zawsze zdolności matematyczne i teraz pracuje jako programista, drugi wymyśla scenariusze gier komputerowych, choć z natury jest raczej humanistą.

Ostatnio firma drugiego syna wpadła na pomysł, by wypuścić zupełnie analogową planszówkę. Gra powstała na podstawie pomysłu syna, ale oczywiście jest pracą zespołową.

Jak to w dzisiejszych czasach bywa jej sukces marketingowy nie całkiem zależy od tego, czy się w nią fajnie gra, ale czy zostanie dobrze rozreklamowana.

Zgodnie ze współczesną modą trzeba na to zebrać pieniądze na platformie crowdfundingowej. Za 12 dni startuje zbiórka pieniędzy na grę, którą autorzy opisują tak:

PENNY DREADFUN: Duchy, Demony, Dickensy to gra planszowa, która zabiera graczy do roku 1888, do wiktoriańskiej Anglii, pełnej okultyzmu, brytyjskiego humoru, chorób wenerycznych oraz mniej lub bardziej historycznych postaci.

Gracze wcielają się w jednego z dziewięciu bohaterów – takich jak Alicja z Krainy Czarów, Kuba Rozpruwacz czy Maria Skłodowska-Curie – i wyruszają na poszukiwania królowej Wiktorii, która zniknęła w środku nocy ze swojego pałacu.

Jeśli pozwolicie, to będę tu reklamowała tę grę, bo wiem, że autor ma dobre poczucie humoru, a w planszówkach to już chyba tak jest, że najważniejsze, by się ludzie nie nudzili.

Zbiórka zacznie się 12 marca na stronie: https://wspieram.to/PennyDreadfun

Krótka historia ebooków

Jeszcze niedawno, gdy rozmawiałam z różnymi znajomymi, słyszałam: O, ebooki! Słyszałam, że to nawet wygodne, ale  to tylko nowinka, przeminie i po ptokach!

Nowinka jakoś nie przeminęła, choć faktycznie na tylu hamulcowych nie ma dobrej rady. Dziś jednak zmieniła się śpiewka i modne stało się podkreślanie piękna książki drukowanej, jej ponadczasowości, cudnej woni farby drukarskiej i, oczywiście, potrzeby wsłuchiwania się w kojący nerwy szelest kartek. Lepsze jest wrogiem dobrego, powiadają niektórzy. Książka służy nam od tylu setek lat, służy dobrze, po co komu ta twoja futurystyczna cybernetyczno-kosmiczna technologia?

Mam wtedy ochotę prychnąć śmiechem i powiedzieć: Futurystyczna? Kosmiczna? Ludzie, toż wy się na co dzień tym posługujecie od dziesięcioleci!

A potem myślę, że ci najbardziej niechętni i tak nie dadzą się przekonać. I że warto przekonywać tylko tych, co w nowoczesności potrafią dostrzec również coś dobrego. Takie otwarte umysły, jak te, które kiedyś zachwyciły się wynalazkiem Gutenberga. O, bo i wtedy było wielu niedowiarków, i wielu takich, co oburzali się, że druk książki dla maluczkich to jak rzucanie pereł przed wieprze. A przecież to było namacalne szerzenie kaganka oświaty.

To właśnie z idei upowszechniania wiedzy, sztuki i literatury narodził się pomysł książki elektronicznej. Miała być darmowa i ogólnie dostępna. Co z tego zostało dziś? Ebooki w cenie książek drukowanych? Miało być pięknie, a wyszło jak zwykle. Ot, taka natura człowieka.

Na szczęście nie wszyscy postanowili obłowić się na ebookach. I to właśnie ci, którzy widzą w nich współczesny odpowiednik wynalazku Gutenberga, oblekają ten niezwykły wynalazek w nowe treści, udostępniając wiedzę i literaturę piękną ludziom na całym świecie.

Książka elektroniczna (ebook) narodziła się w 1971 roku, jako publikacja elektroniczna na użytek wizjonerskiego projektu Gutenberg, którego twórcą był Michael Hart, człowiek bez reszty oddany idei powszechnego udostępnienia elektronicznych wersji dzieł literackich. Do pewnego stopnia jego idea już się ziściła – niewiele ponad 40 lat po powstaniu pierwszego ebooka, książki elektroniczne są nieodłącznym elementem naszego życia. Czytamy je na naszych komputerach, telefonach komórkowych, smartfonach i czytnikach.

Pierwszy ebook na potrzeby projektu Gutenberg był dostępny już w lipcu 1971 roku. Nazwa projektu nawiązywała do wielkiego przełomu kulturalnego, który nastąpił w XV wieku, kiedy to wynalezienie druku przez Gutenberga umożliwiło drukowanie i rozpowszechnianie książek po stosunkowo niskich cenach. Nagle książki przestały być dobrem dostępnym dla zamożnych wybrańców.

No cóż, patrząc po cenach książek drukowanych, myślę, że historia znów zatacza koło. Oczywiście ostatnimi, którzy to zauważą, będą wydawcy książek papierowych. A przecież już dziś sam Project Gutenberg pozwala na posiadanie gigantycznej biblioteki cyfrowej za cenę zakupu komputera, czytnika, tabletu czy smartfonu z dostępem do Internetu.

W 1990 roku Project Gutenberg nabrał prędkości dzięki wdrożeniu idei Internetu, a w roku 2000 znów przyspieszył, dzięki utworzeniu grupy Distributed Proofreaders, którzy współdziałają z nim w procesie digitalizacji książek z domeny publicznej.

W lipcu 1971 roku Internet był tylko interesującą ideą, choć coś w rodzaju sieci preinternetowej, raczej na potrzeby wojska, istniało już w 1969 roku. Prawdziwy Internet wystartował w 1974, dzięki powstaniu protokołu TCP/IP, który rozprzestrzeniał się szybko jako system łączący amerykańskie agencje rządowe, uniwersytety i ośrodki badawcze.

Jednakże prawdziwym przełomem dla zwykłych użytkowników stał się wynalazek sieci WWW (Tim Berners-Lee, 1990), a wreszcie wprowadzenie pierwszej pierwszej powszechnie dostępnej przeglądarki Internetowej Netscape Mosaic (1993). Pamiętacie? Ja pamiętam…

A potem już się działo coraz więcej. W 2012 roku Britannica ogłosiła, że po 200 latach zaprzestaje  wydawania papierowej encyklopedii. To był szok. I po co ja, tłumaczka w owych czasach, kupiłam sobie przeszło 40 tomów tej encyklopedii, która teraz mieści się pewnie na standardowym pendrivie? Wiecie ile to zajmuje miejsca na półce? Ile waży, gdy chcesz przestawić?

Kiedyś przynajmniej miałam jakieś uzasadnienie, ale teraz te tomiszcza wyglądają jak zwykły snobizm. A do tego nie mają żadnej wyszukiwarki! I nie aktualizują się ani trochę. Czasem myślę, że ich pokryte złotem brzegi kartek (tak się kiedyś robiło, żeby nie łapały kurzu) to ich jedyna zaleta…

Mąż mówi, żeby złoto zeskrobać, a książki na makulaturę… Ale na szczęście chyba tak nie myśli… Chyba…

Tatko pięknym mężczyzną był (I)

matura_pop

Rok 1914

Maturę tata zdawał na wygnaniu z Płockiej Małachowianki, bo został z niej relegowany za jakieś okropne przewinienie. Ze wspomnień taty pamiętam, że był to jakiś kawał, jaki tata zrobił łacinnikowi. Musiał być paskudny (ten kawał, nie łacinnik, choć kto go tam wie, bo to zabór był rosyjski i wrednych typów nie brakowało), bo wujowie byli “dobroczyńcami” Małachowianki, a i tak nic to tacie nie pomogło. Maturę zdawał więc, po półrocznym pobycie w nowej szkole, w 1914 roku w lubelskim Staszicu.

Krótki wpis: O chamstwie

Z chamstwem jest tak, jak z dżdżownicami – wiesz że ryją w ziemi, bo to ich natura i inaczej nie potrafią. Ale ty chodzisz po ziemi i pod chmurami, i masz to w nosie. To ich całe babranie się w błocie w ogóle cię nie obchodzi. I tylko czasem – jak wypełzają – musisz uważać i patrzeć pod nogi, by nie wdepnąć, bo to śliskie i obrzydliwe.

Ale to tylko takie pocieszanie. W rzeczywistości jest trochę inaczej. Była kiedyś taka prosta piosenka: Mówiła mi mama,/bym się nie bał chama,/bo cham to jest cham,/cham boi się sam. 

Żyłam w tym błogim przeświadczeniu przez czas jakiś, a potem balon pękł i okazało się, że mamuśka kochana omamiła poetę tym powiedzonkiem, zaczadziła wiarą w wyższość nie-chamstwa nad chamstwem. Ona poetę, a szanowny poeta mnie. Dopiero dziś, w drugiej połowie życia, dochodzę do wniosku, że prawda jest inna. Czyli że mamusia poety myliła się albo świadomie ukrywała przed nim tę brutalną stronę rzeczywistości.

Otóż cham się nie boi, cham ma się bardzo dobrze. Bo cham zawsze wie, czego chce. A chce zawsze tego samego: żeby jego było na wierzchu! To proste, jasne dążenie czyni z chama coś w rodzaju perpetum mobile. Bo czyż nie jest cudem natury fakt, że samo bycie chamem daje onemu napęd na całe życie? Że sama chęć dowiedzenia, że jestem lepszy, jestem ważniejszy, JA mam rację, i tak dalej, daje chamowi ponadnaturalną wręcz moc?   W żyłach zupełnie przeciętnego chama płyną miliardy midichlorianów chamstwa, a samo chamstwo jest MOCĄ przenikającą nie tylko wszystko na Ziemi, ale pewnie przedostającą się też przez atmosferę i rozpraszającą w Kosmosie. A tym samym wyczuwalną dla różnych potencjalnych chamów kosmicznych.

A wyobraźcie sobie, ile midichlorianów chamstwa ma kosmiczny cham nad chamy?    Idea „moje na wierzchu” zrodziła się wtedy, gdy pierwsza drapieżna ameba otoczyła i zżarła inną amebę. Od tego czasu w samej idei niewiele się zmieniło. Jak wiadomo najtrwalsze są takie proste prowizorki. Oczywiście możemy się oburzać, wołając „gdzie ameba, a gdzie człowiek, który brzmi dumnie”! Ale to oburzenie będzie niesłuszne, bo te dwie pozornie odległe istoty łączy jedno. Co? Wiecie już? Prosta idea, że liczy się ten, który przeforsuje, aby jego na wierzchu.   

Dowodzą tego choćby wybuchające co jakiś czas plagi i pomory, gdy górą ewidentnie są ameby, bakterie i wirusy.  A to znaczy, że mamuśka poety jednak nie miała racji, tym bardziej, że chamstwo jest zaraźliwe i rozmnaża się jak potrafi, nawet bez udziału płci przeciwnej. Można powiedzieć przez dotyk, metodą kropelkową, ba, żeby tylko, nawet przez słowo rzucone w eter!

A to znaczy, że jednak trzeba się go obawiać. Bo tylko strach mobilizuje organizm do obrony, uwalnia adrenalinę potrzebną do walki i ucieczki.

Otrząsnąwszy się wreszcie z maminych mamideł, mogę powiedzieć: boję się chama. Boję się chamstwa w postaci wieszania i palenia kukieł polityków, chamstwa wspólnej modlitwy w intencji wzniecenia niepokoju, chamstwa nakręcania spirali nienawiści, chamstwa chciwości władzy, która mobilizuje chama do deptania praw innych ludzi, chamstwa na blogach, chamstwa w komentarzach. Bo cham ma zawsze jasny cel: MOJE MA BYĆ NA WIERZCHU.

Boję się, a to znaczy, że jestem czujna. Ale czy to wystarczy, nie wiem. Medycyna mówi, że do zwalczenia zakażenia potrzeba nie tylko mobilizacji sił obronnych, ale czasem również jakiejś penicyliny czy szczepionki zaserwowanej w chwili nasilenia objawów. Niestety, nie słyszałam, by można było jakąś poważną chorobę zakaźną zagłaskać na śmierć. Ale może się mylę?

Nudna powieść globalna

Zawsze byłam dziwna, bo sięgałam po książki, które mnie intrygowały, a nie te reklamowane i okrzyczane bestsellerami. Mało tego, tych najbardziej reklamowanych często unikałam. I jest tak do dziś. z kilkoma wyjątkami.

Pamiętam, gdy w Polsce po raz pierwszy wydano “Sto lat samotności” . Ech, pewnie zawaliłam wtedy jakąś pracę domową. Ale jak tu odrabiać lekcje, jak książka wciąga cię jak głębia pełna wirów, błysków i tajemnic. To była książka niezwykła!

W pewnym sensie była to książka przełomowa w moim życiu – pierwsza, którą przeczytałam, zamknęłam i po dziesięciu minutach zaczęłam czytać na nowo. Niewiele takich książek spotkałam w życiu. Do dziś mam to pierwsze wydanie  – z 1974 roku – zaczytane do nieprzyzwoitości, z kartkami trzymającymi się swego miejsca już chyba tylko z przyzwyczajenia. Żadna późniejsza książka Marqueza nie wywarła na mnie takiego wrażenia, a ostatnie to już w ogóle inna bajka.

Kilka lat temu weszło do obiegu określenie “boring global novel” (nudna powieść globalna). Jego autor, Tim Parks, zarzucił pisarzom, że poddali się fali globalizacji i ich książki straciły oryginalność, nic nowego nie wnoszą do literatury, bo dostosowują się do wymagań rynku globalnego, są pisane prostym językiem sloganów i haseł, a tłumaczenia jeszcze pogarszają sprawę, spłaszczając te publikacje do poziomu dostępnego dla każdego czytelnika na świecie. Jako przykład daje Eco, Murakamiego, Dana Browna i innych poczytnych autorów. Pisze, że ta globalizacja nastąpiła kosztem oryginalności. Że ludzie czytają to, co jest popularne, a nie to, co wnosi coś nowego.

No cóż, w dobie 24-godzinnych serwisów informacyjnych trudno znaleźć coś naprawdę nowego. Przyrodę też mamy jak na dłoni, na specjalnych kanałach w telewizji. Więc może faktycznie jedynym sposobem na przyciągnięcie uwagi jest nurkowanie w przeszłość lub w fantazję?

Książka globalna ma być zrozumiała dla każdego, nawet dla aborygena w Australii. Pamiętam, jakie boje toczyłam z pewnym wydawnictwem, które wyznawało właśnie taką filozofię. Mówiłam: to nie jest książka dla ludzi niewykształconych, nie ma sensu tłumaczyć jej w ten sposób, by zrozumiał to robotnik po podstawówce, do tego taki, co miał z polskiego same tróje. Ale usłyszałam, że “moim obowiązkiem” jest tłumaczyć tak, aby zrozumiał to każdy, kto choć trochę umie czytać.

Jak w takim świecie może się rozwijać powieść oryginalna, niebanalna, nie globalna i do tego ciekawa?

Dla siebie znalazłam wyjście – od lat sięgam po książki sprzed wielu lat. Te w domenie publicznej. Jest tam wiele perełek nieprzetłumaczonych na język polski. Kiedyś tłumaczyłam je i próbowałam sprzedawać za niewielkie pieniądze, ale nikt ich nie kupował, bo przecież, parafrazując kultowy Rejs, lubimy czytać to, co znamy. A znamy to, o czym opowiedzą nam w reklamach. Mam znajomych, którzy kupują tylko te książki, które się gdzieś zdołały zareklamować. Kiedyś, idąc tym tropem, nawiązałam nawet kontakt z Biblionetką, mieli moją książkę reklamować, za umieszczenie ich logo na okładce mojej książki. Niestety, kiedy okazało się, że już nie mam firmy (zamknęłam ją, bo do niej dopłacałam), ich zainteresowanie dla mojej książki zgasło jak płomień w beztlenowej atmosferze. Rozumiem, że tlenem miała być moja firma, a nie książka.  Książka bowiem się nie liczy… Liczy się marketing.

Byłam więc skazana na samą siebie. Nic dziwnego, że zaprzestałam wszelkich starań. Dziś już mi się już nawet nie chce tłumaczyć – od bojów z tamtym wydawnictwem po prostu nie chce mi się zadawać z nowymi redaktorami. Starzy odeszli, dorabiają na emeryturze. A mnie się nie chce dorabiać. Czytam, robię ebooki i tłumaczę co ciekawsze fragmenty, wyłącznie na potrzeby swoje i moich blogów. T powiem wam, że tak jest mi dobrze. Lubię zamykać za sobą drzwi do pomieszczeń, w których jest tłoczno, nudno i dusznawo.